czwartek, 19 października 2017

poniedziałek, 18 września 2017

jak już będziesz starą babą, jak już będziesz starym dziadem.

nie nadążyłam z ostrością. często za nimi nie nadążam.

jedziemy w windzie w sześć osób. trzy z tych osób to ja i moje córki. dawno temu. jedna w wózku, druga na rączkach. do wózka zagląda - nazwijmy go dziad - i tiutia do malizny zionąc dorosłością, a więc niemytymi zębami po każdym posiłku, kawusią, szlużkiem, może nawet próchnicą, paradontozą, życiem. bardzo miło i wesoło coś mówi. starszyznę, również niewielką, zaczepia takoż, werbalnie. sztywnieję. dwa metry kwadratowe nie zmieszczą mojej eksplozji z gatunku "nie dotykaj moich dzieci, nie chuchaj na nie, nie pieść się do nich, nie sepleń, nie szczebiocz", patrzę na szybę w drzwiach, za którą migają numerki: trzy, dwa, jeden, zero, wytrzymam. bliska mi osoba mówi: niech pan nie zaczepia dzieci, one się boją. sztywnieję jeszcze bardziej. nazwijmy go dziad mówi: niech pani im nie wmawia, że się boją.
zero. wysiadka. mam rozkminę na kolejnych kilka lat. z jednej strony chciałam panu klaskać, z drugiej chciałam pana pacnąć.

idę z dziećmi na spacer do tłumnie uczęszczanego przez inne rodziny z dziećmi miejsca. dzieci, jak dzieci - interesują się wszystkim i na dwie sekundy. i biegną dalej. wszystko jest jak w zabawie "komórki do wynajęcia". biegną od zabawy do zabawy. klik, następna, w kółeczko. kto odpada, znajduje sobie sam zajęcie, żadne dziecko nie ma z tym problemu. chłopczyk właśnie porzucił rower i biegnie do czegoś nowego. jego babcia pokrzykuje za nim: weź rowerek, bo dziewczynki ci zabiorą! - to o moich. moje dziewczynki zatrzymały się i patrzą na panią. na mnie. nie rozumieją. nauczyłam się reagować. proszę pani, mówię spokojnie, ale głośno, moje dzieci nie kradną, mają swoje rowerki i nikomu niczego nie zabiorą. "oj, my tylko tak mówimy". to nie mówcie, bo moje dzieci nie kradną, to jest kłamstwo. patrzę na panią długo. nie rozumie, jak moje dzieci jej zarzutu.

restauracja. dziecko się wije. dwadzieścia minut siedziało spokojnie, limit się wyczerpał. nadchodzi jedzenie. ale już za późno na skupienie, koncentrację, jedzenie, bezruch. jak nie będziesz grzeczny, to pani cię zabierze. kurwa mać. kiedyś wstanę, podejdę i jebnę takiemu rodzicowi w ryj. dziecko nieruchomieje, owszem. a lęk, jaki się w nim budzi będzie przerabiało za gruby hajs na terapii dwadzieścia lat później. dlaczego boisz się iść do sklepu, jak jakaś ciamajda? no weź zadzwoń, to przecież tylko telefon. dlaczego nie idziesz na imprezę? ale z ciebie frajer. 
dlaczego? bo nie mogę myśleć tego, co myślę, bo to jest, kurwa, niegrzeczne. bo obcy kradnie, zabierze mi coś, świat jest zły i trzeba być cały czas w pogotowiu. i najlepiej w samotności, bo wtedy wiem co się wydarzy.

siedzę w autobusie z dziećmi. to bliźniaczki? - pada często od nazwijmy ją, baby. nie, dwa lata różnicy jest między nimi. a ile mają lat? sześć i cztery. ojej, to ta starsza malutka. moje dziecko robi się jeszcze mniejsze. kuli się w sobie. "mamo, dzieci mi nie wierzą, że mam sześć lat. kiedy będę dosięgała do roweru? a do światła, mamo? dlaczego ja jestem taka mała?". wzrost nie ma żadnego znaczenia, córciu. ani kolor włosów, ani skóry, ani ubranie, ani język, w jakim mówisz. nie mają znaczenia rzeczy, które masz i których nie masz, samochody, domy, to nie ma znaczenia. liczy się to, co masz w sercu, jakim jesteś człowiekiem. mówię głośno, choć nie wiem czy to ją przekonuje.

w tym samym autobusie: jaka ładna dziewczynka! jaka do mamy podobna! a jakie oczka czarne, jak węgielki! przepiękna! uśmiecham się do starszej i tulę z całego mojego matczynego serca tę błękitnooką, młodszą, bardziej zachowawczą, która gaśnie na siedzeniu, która patrzy i słucha, która chłonie świat, której czegoś właśnie zabrakło. szepczę jej do ucha: jesteś piękna, córeczko, piękna i mądra. bo jest. wysiadam i tulę, tulę. ona nie pyta. ona już usłyszała, że siostra jest piękna.

w domu próbuję to odrobić. każdego dnia próbuję to odrobić. dać im pewność siebie, siłę i przekonanie, że są wystarczające. ale tak bardzo widzę, kiedy gasną.

dlatego postanawiam sobie, że kiedy będę starą babą, a to już niedługo, nigdy, przenigdy nie będę taka głupia. czego i tobie życzę.


poniedziałek, 4 września 2017

jestem?

mój boże jak ja się pięknie smucę.

jak ja smaruję się czarnym klejem do tapet od środka, jak ja się od wewnątrz starannie wykładam stęchlizną.

jakie myśli tłuste, złe lęgną się we mnie, jak je pasę gorzkim miodem.

jak gęsto od śluzu, co kapie z serca. jak gęsto od oszczerstw, wykrzykników do mnie samej.

jak ja się potrafię wyraziście nie szanować. jak zabrać sobie wszystko.

jak ogryźć skórki i paznokcie, i kołysać się jak wtedy, w dzieciństwie, na kanapie koło pieca w dużym pokoju. sama. ze wszystkimi, a sama.

jak ja dobrze znam ten ból, jak on we mnie uruchamia lawinę złego. jak kamienie sypią się na mnie, śliskie, zimne głazy jak zasypują mnie aż tracę dech. jak leżę przygnieciona, mimo że idę, ze spuszczoną głową, ale idę. zagrzebana w lepkiej czeluści. gdzie jest góra wiem tylko, kiedy splunę. spluwam więc często, na siebie, żebym wiedziała gdzie ta góra i żeby tam nie iść. nie daję rady iść w górę, spadam z obłych, oblepionych strachem kamieni, zjeżdżam raniąc także ciało.

wtedy czuję, że mam ciało. obite. poezja wylewa się ze mnie zieloną, parującą gnojówką. czarna dusza, zło, zło. boli mnie skóra, włosy. boli mnie to, co pod skórą. mam pod skórą śrut, ktoś strzelał do mnie, jak do kota przyjaciół. ocieram się o beton z mojego wnętrza właśnie w tych miejscach, gdzie pod skórą śrut. w powstałe rany płaczę gęstymi łzami, żeby piekło. piekło.

w tym samym momencie biegnę uśmiechnięta dziesięć kilometrów. trenuję od miesiąca, chcę złamać godzinę, biegnę pięćdziesiąt trzy minuty. nie odczuwam żadnej satysfakcji. po chuj ja biegnę? jak w życiu. co ja chciałam złamać? duszę?

czytam 100hrmax przed biegiem: biegnij tak, jakbyś w dłoniach miał motyle. to jest w ogóle ładne porównanie. postanawiam tak żyć, jakbym miała w dłoniach motyle. niestety jako siewca zła zmiażdżyłam wszystkie. w mokrych, spoconych, zapłakanych i zaciśniętych pięściach niosę już tylko kolorowe truchła, których nie mam nawet odwagi wyrzucić. niosę śmierć i zagładę. głównie sobie. kiedyś byłam motylem, całkiem niedawno, chciałam poderwać się do lotu, ale życie mnie ścisnęło w swojej kościstej, zimnej dłoni. odrodziłam się wątłą ćmą. lgnę do światła, a ono mnie zabija.

mój boże, jak ja pięknie umieram. każdego dnia. w białych butach na instagramie, w różowych butach w lesie, w nowym, niebieskim kasku na rowerze. umrę kolorowa z roztartymi na czole ciałami motyli, delikatnymi, których nie doniosłam.

moje dziecko kiedyś wymyśliło, że chce kredkę ciemnoczarną. śmiałam się. teraz ja cała jestem ciemnoczarna. bolą mnie pogryzione palce, krew sączy się z oskubanych skórek, nie mogę nawet dobrze i kompulsywnie rozdrapywać strupów na twarzy i głowie, kiedy wyrywam sobie w ciszy włosy i brwi. w tym samym czasie jestem w telewizji i na scenie. uśmiecham się do zdjęć i nie odbieram trudnych telefonów. w jednym czasie rozlewam się pod kocem, moje ciało, moja dusza gnije i puchnie jak trup w rzece oraz robię dzieciom pod tym samym kocem bazę i gadam głosem robota. śmieją się.

nie wiem kim jestem.
jestem?
jstm.
brakuje mi wszystkiego.
nawet samogłosek. 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

dzik w tajemniczym ogrodzie.

to jest wszystko bardzo dziwne, bardzo bardzo dziwne, bardzo dziwne, bardzo bardzo bardzo dziwne, jak śpiewał artur andrus.

albowiem jakoś się budzę do życia, jakoś wstaję, jakoś funkcjonuję i to nawet radośnie, ale ostatni czas absolutnie w ogóle ani trochę radosny nie był. nie wiedzieć czemu.

ja bym chciała wyjść na dwór i mieć wesołą przygodę, śmiać się w głos i wyciągać ramiona do padającego deszczu i cieszyć się nim, ach cieszyć.

ale ja biegnę w deszczu, któren mi wpada do ryja, dławi mnie, ale przynajmniej - jak śpiewają diskopolowcy - nie widać że płaczę.

to jest wszystko bardzo dziwne, bo ja w ostatnim czasie to się pierwszy raz w życiu zrzygałam z nerwów. może drugi, bo pierwszy to przy porodzie z nerwów i z bólu, ale teraz nie wydawałam z siebie żadnego owocu żywota mojego typu dziecko.

biegnę po osiedlu i naprawdę pada mi na łeb. póki co deszcz, nic z dziedziny psychologii oraz psychiatrii jeszcze. i cieszę się trochę do tego deszczu i chcę myśleć, że to fajna przygoda, zza firanek widzę współczujące spojrzenia sąsiadów i bardzo bym chciała pomyśleć, że hej, ja szczęśliwa biegnę w deszczu, śmieję się i czerpię z życia garściami i kto tu kogo powinien żałować. i że może jesteście w ciepłych domach i patrzycie na mnie z politowaniem, ale to właśnie ja, ja jestem szczęśliwa! i myślę to nawet przez chwilę, a potem normalnie z powrotem płaczę w tym deszczu jak zwykle.

i rozciągam się po bieganiu, patrzę w niebo, tracę równowagę i próbuję się ucieszyć, że ej, równowagę to zawsze traciłam, wyjebka na twarz bez gracji to moja specjalność, ale pierwszy raz w życiu wyjebuję się od patrzenia na chmury! to jest cudowne! i w ryk.

do dupy jest. i cudownie jest.

z całych sił chcę dobrze. chcę nie narzekać. ani na lato, ani na to, że się kończy, ani na zimno, ani na ciepło. ani na to, że jest tak, a nie inaczej. chcę się cieszyć tym, że miałam z czego porobić przelewy. że pustka na koncie jest stąd, że kupiłam bilet na samolot na przygodę.

tylko, że zanim tamta przygoda, to tu jeszcze jedna i to całkiem spora - trzeba przeżyć.

wkładam ołówek w usta, w poprzek, to moja drewniana imitacja radości. proteza uśmiechu.

przez niemal czterdzieści lat pielęgnuję swój wewnętrzny ogródek, plewię chwasty, wyrywam z korzonkami to, czego w mojej głowie nie powinno być, sadzę w duszy kwiaty, choć nie znoszę pracy w ogrodzie. układam sobie w sobie ścieżynki wśród darni, strzygę trawniki kosmatych myśli. stawiam głupawego krasnala, żeby przypominał mi o mnie samej. adoptuję obtłuczone gliniane gąski, których nikt nie chce, sadzę w nich dobro, podlewam troską i czekam, aż wyrośnie wiara w siebie.

wykopałam studnię i dbam, żeby płynęła we mnie żywa woda. czysta i zimna. układam kamyki, żeby po ciemku trafić na swój własny, zadbany, idealny wewnętrzny taras. kosztowało i kosztuje mnie to wiele pracy, niejeden raz pozwoliłam, by ktoś wydłubał we mnie dziurę i zarzucił mnie gównem myśląc, że nawozi.

wiele lat wywoziłam z siebie nieurodzajna glinę i ubijałam żmudnie dobre myśli bez wiary, aż pogniły i zrobił się z nich humus. na szczycie tej góry gnoju stoję ja i myślę, że może i nogami w szlamie, ale głową przecież ocieram się o niebo.

i kiedy już mam taki bezpieczny tajemniczy ogród w środku mnie samej, wpada dzik i ryje.

napierdala twardym nosem, rwie i szarpie moje lata pracy. drę mordę, przeganiam, ale on tylko zmienia miejsce. buchtuje tam, gdzie nie miał prawa wcześniej być. podważa moje wszystko. godność, poczucie bezpieczeństwa, mój piękny, równiutki zieloniutki trawnik. bez litości. 

teraz dopiero chce mi się płakać. dzik narobił syfu, narozrzucał błota, zniszczył wszystko, co mnie tyle kosztowało i poszedł.

i kiedy rzucam się na kolana układać na równo z powrotem kępy trawy, kiedy znów płaczę wiedząc, że to niemożliwe, żeby było jak kiedyś, kiedy płaczę nad latami swojej zmarnowanej pracy i myślę co takiego znowu zrobiłam nie tak, kiedy klęczę z głową wbitą w ziemistą czarną czerń, miga mi maluteńka błyszcząca myśl.

ten dzik może i rozjebał wszystko, co przez czterdzieści lat nasiałam, ale.

znalazł truflę.
odkopał diament.

to ja.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

na koniku hop hop.

jestem w samym środku nowej siebie. starej, nowej siebie. bo oto się przebudzam. choć nie śpię od siedmiu lat, bo mam dwoje dzieci, przebudzam się. budzę. do życia. 

na huśtawce, na tym takim koniku, na którym po przeciwnych stronach się siada i odpycha nogami aż do odbitki, aż to drugie o oponę pierdolnie dupą, a w poręcz zębami, do odbitki siedzę na jednej szali ja-kobieta, a na drugiej szczerzy się ja-matka. siedem lat. siedem lat tłusta matka trzymała mnie-kobietę w górze, która często haczyła o dół. siedem lat ja-matka kokosiła się na piachu, zagarniała do siebie. głodna ja-kobieta tkwiła zawieszona w przestrzeni, w oczekiwaniu, w bezruchu, w chłodzie, wietrze i słońcu palącym, w deszczu i śniegu, w deszczu ze śniegiem, w gradzie, szadzi, upale, skwarze, bez słowa. chuda, nieruchoma, niby zamrożona, niby skamieniała. niby nieżywa.

tamta cała upstrzona kołysankami, dresami w fasonach wszystkich, pachnąca gotowanymi ziemniakami i bezglutenowym ciastem, wygodna, cieplutka, mięciutka, jak rozgotowany makaron świderki, swojska. rozlana jak tysiące zup i pić na stołach, krzesłach, podłogach wszystkich miejsc, do których zagoniła stado. stado obok, piszczące, kopiące, ja-matka również z łopatką - wieprzową z promocji, albo plastikową z promocji. 

ta gruba koi i kołysze, pulchnymi palcami rozmasowuje siniaki na małych kolanach i przykleja na limfę odpadające strupy. dmucha ciepłym, nie do końca pachnącym, bo nie zdążyła umyć zębów, oddechem na rany i ślini bąble po komarach. na poliestrowym fartuchu rozciągniętym sztywno między obszernymi udami pozwala układać szyszki, kamyki, piach, zdechłe pasikoniki, w dużych dłoniach niechcący miażdży schwytane i dane na przechowanie biedronki. 

zerka czasem na tę drugą, jak ładnie uczesana, a jaka szczupła, umalowana, pewnie dzieci nie ma. będzie miała, to zobaczy. że nie ma nic ważniejszego, że to radość najradośniejsza, że nic nie wie o życiu, a skąd takie nogi zgrabne i ogolone, w butach dopasowanych i sukienka do tego jeszcze, no ładnie, ładnie. ale ja to nie mogę, ja muszę i zupę nastawić, i chałupę zamieść, i dzieci zawieźć, żeby nie zawieść.

tamta chuda tak pięknie na tle nieba wygląda, włosy jakieś umyte, zadbana, to niebo to jej taką ramkę świetlistą wokół twarzy robi. a oczy jakie błyszczące. a twarz jaka gładka. jednego koloru. a paznokcie zrobione. nic nie odpada, ani lakier, ani podeszwa od tych wypastowanych butów, ani się ta podłożona spódnica nie odpruła, wzdycha "jak pięknie" ja-matka.

ja-kobieta zaschła we mnie na siedem tłustych lat. patrzyła na zmęczoną, lecz pachnącą mnie-matkę, pachnącą dziećmi i spełnieniem. mydlinami i ciastoliną. śmierdzącą wymiotami i kupą. umazaną łzami szczęścia i rozpaczy. ja-matka zatęskniła za tamtą sobą. i wstała z konika. ja-kobieta pierdolnęła o ziemię. o planetę. na glebę, na piach, na żwir. i potłukła skorupę, w której zastygła.

ja-kobieta wstała, naga jak terminator. zdeterminowana, jak on. pobiegła. roześmiana. szczęśliwa. wolna. 

biegnij za nią, jeśli nie chcesz jej zgubić.


czwartek, 10 sierpnia 2017

przed chwilą.

"ej, weź sobie kup kółko do pływania.
jakie kółko?
zwykłe kółko. chyba że masz.
mam takie dziecięce. takie mam wziąć?
nie, ludzkie kup, żebyś wlazła".

tak do mnie pisała marta przed wyjazdem do meksyku, pierwszy oficer na naszym rejsie po zatoce kalifornijskiej oraz pierwszy czub rzeczypospolitej, marta, którą ukochałam natychmiast, jak ją zobaczyłam wysiadającą z pociągu w babimoście z wielkimi torbami i kapturem na mokrej fryzurze, bo nie zdążyła wyschnąć, bo się przed chwilą kąpała, zrobiła jeszcze takie batony, że jak będziemy w mehiko siti całą noc, to akurat zeżremy i czy jej kupiłam tę taką alumatę, bo tam na lotnisku będzie zimno, a teściu to ją tak wiózł, że ją prawie zabił na tych takich ślimakach przy dworcu w poznaniu, normalnie jechali prosto na ten beton na ścianach, a w ogóle to nie teściu, tylko tata chłopaka i czy mam to kółko i że sory, że się wam wpierdalam w wielkanoc do domu, kupmy jeszcze gdzieś piwko na stacji oraz czy ty się też boisz glonów? i stworów morskich? cześć, jestem marta.

cześć, jestem marta.

odpowiedziałam, że i glonów, i stworów, no co ty, jak zabił? kółko mam, że nic nie szkodzi, że w wielkanoc, że batony zajebiście, chyba że z rodzynkami, to chujowo, że ja to jestem magda i nie jestem taka, żeby od razu mnie każdy lubił, no ale z takim ryjem to nie dziwota, więc taka jestem raczej dość zachowawcza, a ona że w takim razie dlaczego ją tulę, a ona mnie. 

kiedy na drugi dzień, który trwał dwie doby, z czego dobę spędziliśmy w samolocie oraz na alumacie w mehiko siti, gdzie faktycznie było zimno, stanęliśmy we trójkę w morzu korteza, kiedy wdychaliśmy gorące powietrze na promenadzie w la paz, kiedy poszłyśmy z martą głębiej i wracałyśmy tak, że ja już szłam do brzegu, a ona płynęła za mną trzymając się mnie i nie dotykając dna, bo glony i ja byłam taka na maksa odważna, że szłam po tych glonach, ale tylko do czasu aż ona nie powiedziała "płaszczka" i wtedy ja natychmiast stanęłam i ona mi natychmiast z impetem wpłynęła całą twarzą w dupę, oczywiście marta, nie płaszczka, więc kiedy to się stało, to wiedziałam, że to jest już tylko pieczątka do początku naszej pięknej przyjaźni.

tam właśnie za naszymi plecami płaszczka chciała nas zeżreć, mimo że miała może ze siedem centymetrów. (fot. ojciec jedyny)

i tak cały czas. (fot. martson.pl)

na dmuchanych kółkach na środku morza, a także po jego bokach, byłyśmy tak zajebiste, że aż kapitan w mojej ocenie na koniec morskiego rejsu, na takim prawdziwym dokumencie, że ile godzin w sztormie i na wodzie, ile na żaglach, a ile na silniku, i że od portu takiego, do takiego, i że wiatr wiał i to nawet w jakiejś skali, no na takim dokumencie, że jakbym się chciała nagle stać morskim sternikiem, czego oczywiście absolutnie nie wykluczam, to proszę bardzo, no więc on, pośród tych wszystkich ważnych danych, w szczególnych umiejętnościach mi napisał, że zajebiście umiem na kółku. i ja mu ufam, bo on pływa od czterdziestu lat i nie takie rzeczy widywał. mógł uwzględnić jakieś inne moje genialne umiejętności żeglarskie, ale skupił się akurat na tej, więc muszę być w tym naprawdę mocna.

foki. (fot. ojciec jedyny)

sternik morski z koleżanką. (fot. martson.pl)

oglądałyśmy więc z martą podwodny świat wisząc na kółkach, przepasane po prostu nadmuchanym plastikiem, zupełnie, jakby gruba foka chciała przeskoczyć przez obręcz i ugrzęzła. emocje były takie, że jeden z nas, dokładnie andrzej, jak pierwszy raz zobaczył ten świat, to nawet gadał do rurki nie wynurzając głowy. nie dało się zrozumieć co, ale ewidentnie czuć było szacun. i ja się cieszyłam, że dno jest daleko, że nie muszę tego dotykać nogą oraz oczywiście, że mam kółko. na dnie były albowiem rozgwiazdy, płaszczki, ryby kolorów wszystkich, od łososiowego po neonkowy, były rośliny, glony, krasnorosty, mogła tam nawet być przylaszczka i kosodrzewina. wszystko z daleka i - przypominam, jakby komuś umknęło - w kółku.

fot. martson.pl

fot. martson.pl

rozgwiazda. dwa palce w niebie, nie oszukam ciebie. (fot. martson.pl) 

są trzy miesiące później i oto, gdzie jestem. 

leżę na pomoście nad jeziorem w niesulicach. głową do dołu. oczami leżę w szczelinie, żeby oglądać dno. nosem głośno wdycham zapach jeziora, tataraków, miłą i nową dla mnie wilgoć. strzygę uszami, jak koń, żeby słyszeć dźwięki. woda chlupocze o łodzie. pluszcze nierówno, niemiarowo, nieprzewidywalnie o deski pomostu. kaczki, perkozy, łabędzie trzepoczą skrzydłami o wodę. na niebie - nie wiem czy szeleści, ale przed chwilą była - pustułka. słońce nieśmiało dotyka mojego mokrego ciała. ociekam. przed chwilą wyszłam z wody. dopiero co nauczyłam się pływać. przed chwilą pierwszy raz w życiu płynęłam w jeziorze. bez kółka. przed chwilą przepłynęłam jezioro tam i z powrotem. trzysta dwadzieścia metrów. przed chwilą wpłynęłam w rozświetlone słońcem glony i również przed chwilą widziałam jednego okonia w zielonej wodzie. przed chwilą przestałam się bać. przed chwilą pomyślałam, że w zasadzie nic się nie stanie, jeśli nie wynurzę głowy. że będę umiała oddychać. że przecież należę do tego świata. do natury. przed chwilą płynęłam rytmicznie wsłuchując się w siebie i jezioro. płynęłam i się uśmiechałam. 

ważka? nieważka?

a to jest dłubanka w biskupinie naturalnie.

fot. ojciec jedyny

uśmiecham się też teraz, kiedy to piszę.
przed chwilą bowiem przebiegłam jedenaście kilometrów. uśmiechnięta. pozdrowiliśmy się z wszystkimi napotkanymi na drodze biegaczami. wszyscy uśmiechnięci. wprost do uszu pięknie śpiewali moi ulubieni. pilnuję pulsu, mimo że śpiewam z nimi i chciałoby mi się podskakiwać w radości. czuję, że mogłabym tak biec i biec. że biegnę do świata z mocno otwartymi oczami i sercem. dziękuję ci, świecie, że i ty się przede mną otwierasz.

jestem szczęśliwa.

żyję.

niedziela, 30 lipca 2017

"mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean".

jest kilka rzeczy, które umiem robić dobrze. szkoda, że nie pamiętam o nich, kiedy robi mi się źle, ale z drugiej strony - nie wiem czy pocieszyłoby mnie wtedy "hej, magda, przecież jesteś świetna w czyszczeniu takich stalowych zardzewiałych słupków do ogrodzenia, które kilka lat przeleżały w krzakach szczotką drucianą i świetnie je malujesz farbą miniową. ręce masz tylko trochę poranione, a ta farba w tych ranach prawie cię nie szczypie", albo "zajebiście lepikujesz dach pieczarkarni wjeżdżając podnośnikiem razem z beczką gorącej smoły, pewnie dlatego tak zwinnie lawirowałaś niemal niepoparzona, bo miałaś jedenaście lat, ale nawet teraz jak masz trzydzieści dziewięć, też byś umiała, takie rzeczy się pamięta", tudzież "jesteś genialna w łapaniu stonki ziemniaczanej do słoika, a po zapełnieniu takiego dużego po majonezie tym chujstwem, to już nawet nie rzygasz z obrzydzenia, choć ręce kleją ci się tak samo, jak przy pierwszej sztuce, to jest naprawdę super".

to nie działa. kiedy jest źle - źle, chciałoby się mieć na przeciwnej szali jakieś naprawdę okazałe osiągnięcia. żeby ta szala z tym dobrym przeważyła i nawet niech pizgnie o ziemię, jak ja huśtając się z którąkolwiek córką na huśtawce typu "konik", bo zdarza mi się zapomnieć, że jestem siedemdziesiąt razy cięższa od obu razem wziętych.

mam jakieś zalety. 

skarpety wieszam koło siebie parami. co na maksa ułatwia życie, bo jak składam pranie, co robię rzadko i niechętnie, to się je łatwo zwija w kulki. i, oczywiście, nie ma to najmniejszego znaczenia w życiu jednak.

nie umiem wpierdolić na oślep tych takich kuchennych pojemników plastikowych do szafki, raczej tak układam jeden w drugi, muszą pasować, ergonomia i takie takie, przy czym jeśli idzie o pokrywki do nich, to już chuj, jak leci.

umiem się w dwie minuty spakować na dwa dni, na dziesięć, na dwa miesiące, w góry, nad morze, do szpitala, na spacer. po prostu zawsze zabieram wszystko co mam, a że mam niewiele, to biorę też proszek do prania. nie umiem się niestety rozpakowywać, zatem wiecznie potykam się o na wpół opróżnione walizki, torby, torebki, worki, z których po miesiącach wyciągam rzeczy, których szukałam, a które w międzyczasie zdążyły wyjść z mody. wpierdalam je z powrotem elegancko do tych toreb i czekam, aż do mody znów wejdą. jeśli zaś potrzebuję tej torby, walizki, worka, to wpierdalam to wypakowane nogą na podłogę w garderobie. upycham w kąty. nie pamiętam o tym, potem to ginie, ja szukam wkurwiona, a tego zawsze nie ma. a potem nagle wyciągam takie skarby, że aż szkoda, że tak nie wpierdalam po kątach pieniędzy. znając mnie, to i dukaty by się znalazły. za to mam rozsypane proszki do prania we wszystkich torbach. pachną.

umiem idealnie wprost podpalić się do różnych rzeczy. jaram się prawie wszystkim i wszystko prawie chcę, wszystko prawie kupuję, bo mi się wydaje, że tego właśnie chciałam od życia, a potem gasnę. nad tamborkiem z płótnem naciągniętym nań jeszcze w podstawówce i ani jedną dokończoną serwetką. z szydełkiem w rozmiarze trzy i pół i ponaczynanymi czapeczkami dla dziewczyneczek tyci tyci. turkusowiuśkie. ciągną się potem te włóczki po szafach, plączą, ale nie spruję ani kawałka, bo kiedyś wrócę do tego przecież. wnukom porobię. może akurat będą inne niż ja i wełenka ich gryźć w małe łebki nie będzie. akurat. i ten motocykl też sobie kiedyś kupię, naprawdę.

zupę soczewicową umiem, że dobra jest. tak trzeba popodsmażać te czosnki, cebulki, marcheweczki i te inne. umiem. ale to trwa tyle, że za długo, ja nie lubię jak coś trwa, chyba że jest to anna karenina, więc nie podsmażam tylko tak powrzucam do gara i potem jednak, że niby umiem, ale to nie to. i ta anna karenina się jednak kończy. i ja się kończę jako ta, co umie zupę.

nie mam cierpliwości w ogóle. nie mam, nie używam. jak coś ma być, to musi być. teraz. już. jakby mi kto pozwolił tupać, to bym tupała, ale się nie tupie przecież, to nieeleganckie. a ja elegancka taka. ten garb mój elegancki, ten kaptur rano na tłustych włosach elegancki, wczorajszy makijaż, co wczoraj był elegancki, a dziś straszy resztkami, o. ale zalety miały być. no to nie tupię.

nie mam jakiegoś takiego obelisku, co by go na szalę zajebistości wrzucić. no nie mam. muszę więc te małe kamyki wszędzie wpierdalać. gubię je, rozsypują się, nie wiem już czy to kamyk, czy szyszka czasem. wypiorę coś. albo zapodzieję. pod podszewkę w torebce mi się wbije jakaś fajna zaleta. położę na stole i dzieci rozwłóczą, psy, muchy, czas i kurz. i zbieram, zgarniam ze stołu potem z tym kurzem i z trupami much. i te moje zalety takie zaniedbane zupełnie, nieumyte. ale są. jednak zawsze są.

więc kiedy następnym razem coś mnie tak na maksa, na maksa przybije, coś że nie wiem, na przykład że zalążki skrzydeł, co je tak skrzętnie podlewam i pielę, żeby w końcu wyrosły, co tak bolą przy przebijaniu przez skórę i ktoś mi je znowu sekatorem ze słów przytnie, to przypomnijcie mi, bym sięgnęła do kieszeni, wyjęła z niej wszystkie te cholerne kolorowe kamyki i dmuchnęła, a kurz, który się uniesie i zdechłe muchy, które się nie uniosą, niech zadławią intencje tego, kto tym sekatorem ciach, co?

no.


czwartek, 27 lipca 2017

tak się żyje!

od dostawania niespodzianek lepsze jest tylko robienie niespodzianek. co szczerze uwielbiam. jedno i drugie, choć z braniem, jak wiadomo, mam kłopot. chyba, że chodzi o branie na klatę zbyt wiele, wtedy jakoś nie umiem się oprzeć i biorę, biorę, biorę, aż klata wklęśnieje jeszcze bardziej, choć to z medycznego, fizycznego, psychicznego i w ogóle jakiegokolwiek innego punktu widzenia teoretycznie jest niemożliwe. a jednak. tadam.

kwiecień. siedzimy w meksyku w restauracji, choć to chyba zbyt szumne słowo, na dworze. na malekonie, promenadzie takiej ichniejszej, w la paz. dwa na maksa kolorowe, mimo że na maksa obdrapane stoliki, jeden pan, który gotuje, sprząta, robi drinki, nalewa, przelewa, wyciera, ugniata, piecze i się uśmiecha. chce się dogadać, my też. dos wegetarianos por fawor. jesteśmy w tym kraju półtora dnia. słońce zaznaczyło nas na nosach i karkach, że niby już jesteśmy jego. cały niespieszny meksyk, którego hymnem powinno być śpiewane w kółko "maniana" na przemian z "mohito popito" odciska na naszych polskich umysłach swoje leniwe piętno. siedzimy albowiem już, do chuja, z piętnaście minut, a pan nie ugotował, nie przyniósł, nie nalał, nie podał. "tracimy czas" mówię, na co słyszę słoneczne i uśmiechnięte, wyważone i spokojne "właśnie zyskujemy czas". no tak. indianie mówią: "wy macie zegarki, my mamy czas". ile w tym prawdy. siedzimy więc luzując już nieco łydy nadal na malekonie w la paz, podziwiamy jak można nosić kozaki i dżinsy w trzydziestu stopniach, ale w końcu u nich zima i to raczej my jesteśmy jebnięci, że zimą wchodzimy do morza, ale w sumie część z nas morsuje, więc trochę jakby nie do końca nienormalni. 

wtem zjawia się koleś z gitarą i chce nam śpiewać. nasza polska mentalność nakazuje wiązać buty, mimo że mamy na nogach japonki, natychmiast grzebać w telefonie, mimo że nie mamy zasięgu, a co odważniejszym z nas kręcić głową na boki, że dziękujemy, ale nie, bo trzeba będzie panu dać jakieś pesosy, a jeszcze nie wiemy jak to się w ogóle przelicza, bo na razie dzielimy na cztery i dodajemy troszkę. kiedy już - już mam zgromić pana najgorszym z posiadanych wzroków mówiącym "dzięki, stary, ale nie", słyszę gromkie: "tak, tak, graj!" i gestem zaproszenie, by koleś z gitarą dał upust swojemu talentowi oraz bystry komentarz: "a kiedy ktoś następnym razem będzie nam w meksyku śpiewał i grał na gitarze?". 

jeb. jeb w łeb. 

jakie to proste i jakie ładne. jakie otwarte. jakie radosne i jakie czyste w intencjach. oba kluczowe zdania padły z ust jednej osoby. waldka. kapitana. człowieka, którego poznałam pół dnia wcześniej na lotnisku, a któremu za chwilę miałam powierzyć swoje życie. i już wiedziałam, że to będzie dobry czas.

następnego dnia rano poszłam z nim pobiegać, choć wcześniej nie biegałam. później okazało się, że on sobie jeszcze codziennie wyskakiwał z katamaranu i pływał w głąb morza, ja wiem, z kilometr, bo, uwaga, za trzy miesiące bierze udział w triatlonie. i nie byłoby w tym nic dziwnego ani zaskakującego, gdyby nie fakt, że koleś ów ma sześćdziesiąt lat, a rowerem nauczył się jeździć przed chwilą, albowiem, jak sam powiada, za jego czasów na komunię dostawało się - góra - zegarek.

patrzyliśmy na to wszyscy z podziwem i już w samolocie powrotnym z meksyku ustaliliśmy całą bandą, że przyjedziemy w tajemnicy mu w tym triatlonie kibicować, a niech no się tylko kto wygada. w niedzielny lipcowy poranek zaś tłumnie przybyliśmy wesprzeć naszego kapitana i jego syna, który ma w genach to samo miłe szaleństwo zwane chęcią życia. mieliśmy transparent, uśmiechy i każdy po wiaderku wsparcia. niespodzianka. wzruszyliśmy obu, a także zdarliśmy sobie wszystkie gardła drąc ryje na przemian "waldek" i "eryk". spoceni biegaliśmy za nimi jak poparzeni, znad jeziora, do strefy rowerów, aż do trasy biegowej. my, kibice, byliśmy rozemocjonowani chyba bardziej, niż zawodnicy.

byłam przerażona widząc setkę kolesi gotowych do startu oraz setkę kobiet już młócących wodę umięśnionymi rękami i nogami. spojrzałam na tych ludzi i pomyślałam "o w chuj. nigdy w życiu. przenigdy nie wezmę udziału w czymś takim. sklekszę się przed startem w piankę i zejdę na zawał jeszcze sucha". trzy, dwa, jeden, ogień.



pierwszy etap z pływaniem miał niewiele wspólnego, albowiem polegał na okładaniu się po ryjach pięściami i kopaniu po tym, czym akurat ktoś ci wpłynął pod nogę. z cyklu sporty ekstremalne: kraul z cudzym kolanem w gardle. ojapierdolę. nawet jak się urodziłeś w wodzie, jak waldek, i jesteś trochę płaszczką, a trochę delfinem, no bo to jednak ssak, a trochę batyskafem, bo szybujesz sobie na różnych poziomach wody tak całkiem na luzaku, to to była miazga. ja to nawet w pewnym momencie w tym meksyku wypatrywałam u niego pod gaciami skrzeli, no bo było mu w sumie wszystko jedno czy oddycha tlenem z powietrza czy z wody. i jak ten człowiek - ryba wyszedł z jeziora nieżywy, choć tak mocno darliśmy mordy, że udawał, że nie, to pomyślałam, że nieważny wynik, niech on w ogóle przeżyje, bo mam jeszcze jakby parę pytań o sens życia albo kiedy mogę przyjechać na konie do niego.



"na rowerze odpocznie" skonkludowaliśmy idiotycznie, bo to nie była podróż składakiem do sklepu po browary, jak się skończą w środku imprezy, tylko dwadzieścia kilometrów w towarzystwie setki mężczyzn, którzy przed chwilą chcieli cię utopić ambicją w jeziorze. mimo to nadal darliśmy nasze piętnaście ryjów biegnąc do strefy zmian i trzymając się za ręce, chociaż te ręce drżały i były całkiem mokre, zupełnie jak moje oczy od samego pomyślenia, że mogłabym być tam w środku tej rzeźni. 

o dziwo nasze słowa okazały się prorocze. kapitańciu bowiem - niekopany w nic - ożył.



krzyczeliśmy sercami. wspieraliśmy takoż. oraz patrzyliśmy czyniąc obserwacje (to znaczy na pewno ja z ojcem jedynym). oraz biegliśmy do strefy zmian, żeby dalej drzeć paszcze. tudzież robić zdjęcia. jeszcze tylko bieg. tylko. po pływaniu, rowerze, to już naprawdę pikuś. bagatela. 



rozdygotana patrzyłam na umięśnione plecy, ramiona, łydki mężczyzn i kobiet. na ich wewnętrzne zwycięstwa. wdychałam szacunek do nich z każdym ich wydechem. tylu ludzi. silnych, wytrwałych, wytrzymałych, witalnych. żaden z nich przecież nie zdecydował się na to wczoraj na imieninach. "a wiesz co, helena, może ja jutro w triatlonie wezmę udział". "a pewnie, weź. a ja dołożę serniczka". bo to jest styl bycia. patrzyłam na dzielnych, niezależnie od wyniku, ludzi. na atletów psychicznych. na niewidomego mężczyznę, który startuje z żoną za rękę. na młodzież, która nie stoi za garażem i nie jara szlugów, tylko trenuje. na uśmiechy tych ludzi, na ich zmęczone, ale wygrane twarze. na sześćdziesięcioletniego waldka, który w swojej kategorii wygrał. wygrał!


i już wtedy wiedziałam, że ja też. 
że chcę to poczuć. 
że i ja zwyciężę. 
że i ja chcę przekroczyć tę granicę w głowie. 
że ja. 
ja. 
ja!

i mimo, że dopiero uczę się pływać oraz nie mam roweru, wierzę, że za rok zwyciężę ze sobą i swoimi lękami.

za rok od dziś będę miała dokładnie czterdzieści lat. i nie chcę myśleć co za mną, ale ile jeszcze przede mną. 

i za tę lekcję, za tę witalność, za tę radość życia, za to spojrzenie na świat, za tę siłę i za pokazanie, że zawsze można, za emocje na tym triatlonie, za refleksje, za wiarę w człowieka, ja ci, kapita(l)nie, dziękuję.

tak się żyje!


wszystkie zdjęcia zrobił mój niezwykle utalentowany nie tylko w tej dziedzinie mąż. dziękuję!

piątek, 14 lipca 2017

wakacje, dzieci z bullerbyn i jak uratowałam świat przed zagładą.

chciałabym wyjechać na wakacje. do włoch, chorwacji, bułgarii, turcji, tunezji, grecji, hiszpanii, łotewer. do słońca. jechanie bowiem z dziećmi nad bałtyk polega na tym, że wynajmujesz tanią kwaterę, bo nie o to chodzi, żeby wydać zylion monet na spanie, a potem siedzisz w norze przez tydzień, bo oczywiście pada. żresz więc gofry i "domowe jedzenie u macieja kuchnia polska tanio a dobrze" w otoczeniu dykty nasiąkniętej wilgocią, do której przez dziewięć miesięcy w roku nikt nawet nie zajrzy, no chyba że myszy i pająki, a te to nawet chętnie i to w ilościach hurtowych.

są optymiści, którzy biorą kostiumy kąpielowe nad polskie morze, ja raczej zawsze kurtkę i kalosze, bo wejście do wody oznacza darmową (nie licząc noclegów, jedzenia, pączków, cymbergaja, balonów z elsą i anną, żelków w kształcie minionków, kina piętnaście d, warkoczyków z plastiku, toksycznych tatuaży, wystaw z zakurzonych zabawek z jajek niespodzianek i co-roku-tych-samych-kabaretów) krioterapię. fajnie jest nad morzem. jedno popołudnie. i bez dzieci.

niestety nie pojadę. nawet nad polskie morze, mimo że zarzekałam się przez pół ostatniego roku, że musimy, że nie ma bata, że dzieci potrzebują wakacji i my też, że słońce to jest to i że z rękawa wytrzasnę pieniądze, ale wytrzasnę, a potem przychodzą drobnostki typu ogrodzenie, trawa, elewacja, żwirek, podjazd i tylko drgająca powieka oraz skacząca na skroni cieniutka fioletowa żyłka mówią, że miało być, kurwa, inaczej. 

co roku jeździmy większą grupą do rodziców przyjaciółki. do domu w głuszy nad jeziorem, gdzie jesteśmy tylko my, sarny, lisy, czaple, karpie, amury, a jak pojawi się kormoran, to dziadek krzysiu zaraz wybiega z pistoletem startowym i strzela, żeby go wypłoszyć, więc kormoranów raczej nie ma, dzieci zaś rozpierzchają się po okolicznych krzakach i piszczą trochę ze strachu, a trochę z emocji, i "a co to jest kormoran" oraz "dlaczego dziadek strzela", matki zaś rechoczą i o siódmej rano potrafią dla żartu delikatnie krzyknąć "kormoran", żeby tylko dzieciom pokazać dziadkową sztuczkę.

fot. małgorzata szapował

jest cudownie. dzieci zwąchały się w pierwsze dziesięć minut i poszły w świat. w kaloszach, w skarpetach, boso, na rowerach, z patykami, po drzewach, robią sobie bazy z krzeseł, poduszek i koców, mają tajemnice, sekrety, scysje, kłótnie i apetyt. na jedzenie i na picie. oraz na życie.


rodzice krzątają się po domu, ktoś zrobi obiad, ktoś poodkurza. ktoś pojedzie na zakupy, ktoś pójdzie na spacer z dziećmi, ktoś zabierze je do ogródka po ogórki, ktoś z nimi siedzi rano, ktoś rysuje, ktoś dmucha na zdarte kolana, ktoś tuli, ktoś komuś robi kanapkę, ktoś komuś nalewa picie. patrzę na to wszystko, robi mi się ciepło w środeczku i nasuwa mi się tylko jedna myśl: dzieci z bullerbyn.

kilka dni temu zostałam sobie sama z dzieciakami, bo dziadek pojechał naprawiać moje auto, a gosia z martą auto marty. babcia była w pracy, a reszta dorosłych jeszcze nie dojechała. obieram sobie wielki gar ziemniaków, dzieci grandzą w altanie. bosko. nagle słyszę pisk i okrzyki, ziemia drży od podskoków, w drzwiach tarasowych rusza się dziesięć górnych kończyn oraz pięć rozemocjonowanych dziecięcych buź i wszystkie krzyczą: krowa! mama, krowa! kjowa! ciocia, krowa! aaa! tam jest krowa! krowa! ciocia!!!


patrzę, faktycznie, jest krowa. chaos za oknem i dzikie przebieżki w stronę krowy, nerwowe powroty, bo co tu zrobić, krowa na podwórku po prostu gryzie trawę kręcąc mordą. - dobra – mówię - dzwonię do dziadka. dzieci w tym czasie jak z gorączką biegają to do krowy, to do okna, mamo, kjowa! mamo, druga! ciocia, następne idą!

ja dzwonię do dziadka, dziadek mnie nie słyszy, bo w głuszy z zasięgiem różnie, ale jakoś się dogadaliśmy, że ojezusmariakrowa, dzieci mają amok uczuciowy, takich emocji to żadne kino piętnaście d nad żadnym morzem nie zapewni. dziadek mówi, że przyjął, że dzwoni do właściciela, że ten je zaraz zabierze. ale to nie koniec naszego bullerbyn. bo oto dzieci rogorączkowane wdzierają się do domu i krzyczą: trzy krowy i cielak! w ogródku! wyjadają warzywa!!!

ponieważ jestem osobą, która boi się zaskrońca, pijawki, dżdżownicy, o kocie nie wspominając, a wszystko większe od wiewiórki przyprawia mnie o zawał (dlatego też uczę się jeździć konno), to dziarsko idę ogarnąć temat. nie powiem przecież dzieciom, że wy tam obserwujcie na dworze te mordercze krowy, a ja tu bezpieczna w domu przycupnę za kredensem, zawołajcie mnie jak się skończy.

wybrałam numer do dziadka krzysia i poszłam ratować świat, a na początek ogródek. - krzychu – mówię i idę do krów – one ci wyżerają ogródek. - co? - nie słyszy mnie krzychu. - one ci wyżerają ogródek. - mówię głośniej, jakby to miało poprawić dziury w zasięgu. - jeszcze raz powiedz – ja krzycha słyszę doskonale. - krowy ci wyżerają ogródek! - drę ryja niepotrzebnie, zbliżając się do złoczyńców. - co? - pyta dla odmiany krzychu. - nie słyszysz mnie, wiem, ale powiem to jeszcze raz: krowy ci wyżerają ogródek!!! - wrzeszczę i zaczynam podskakiwać w stronę krów nie mając bladego pojęcia jak się przegania takie w chuj wielkie zwierzęta. - słyszę cię doskonale – mówi krzychu. - zaraz przyjadę. gdzie są? - w buraczkach – mówię do krzycha, a do krów – buuuu!!! łeee!!! sio!!! - gdzie? - w buraczkach! bleee!!! sioo!!! - krzyczę na krowy i na krzycha w słuchawce, do tego podskakuję jakbym płoszyła przynajmniej lwa, tudzież kuguara, za mną zgraja dzieci skacze jak ja, tylko wyżej oraz wrzeszczy jak ja, tylko wyżej.

wszyscy skaczemy i drzemy ryje, trochę napierając na trzy krowy, którym ewidentnie smakują buraczki. krowy żując czerwone liście mają nas w pompie, ale odwracają na mnie łby i trochę odskakują w bok ciągle żując bez zrozumienia. też bym tak zrobiła, gdyby ktoś niespełna rozumu krzyczał na mnie przy obiedzie ble łu i sio. krzychu w słuchawce, tak jak krowy, ni chuja nie wie o co mi chodzi, zasięg jakoś w tym momencie nie zawodzi, tak więc słyszy moje nieartykułowane dźwięki oraz sapania i próbuje się ze mną porozumieć nie wiedząc czy krowy to mój jedyny problem. ponieważ zaczęłam zauważać, że moje sposoby działają, toteż jeszcze głośniej krzyczę i wskakuję w ogródek, co poskutkowało tym, że krowy zdeptały totalnie wszystko. ale uciekły. tryumf.


oto ja. spocona ze strachu, cały czas z telefonem przy uchu, zauważam dziadka krzysia za plecami, piątka dzieci z bullerbyn podskakuje wiwatując na mój temat, obiegają dziadka siedemnaście razy na sekundę, za chwilę obiegają również swoje mamy, tudzież ciocie, które przyjechały z miasta, opowiadają jedno przez drugie co tu ciocia z krowami zrobiła. ja, jak łiliam łoles, jak joanna dark, jak brus łilis w każdej z możliwych ról – wygrałam. dyszę, ale zwyciężyłam. śmierdzę, ale żyję. w podzięce od przyjaciółek dostaję prawie szacun i dużo rechotu oraz trochę żalu, że nie poczekałam na nie z przedstawieniem.

na obiad miała być botwinka, ale niestety nie wydarłam krowom z pysków. zdeptały za to kilogram cebuli, którą zjadamy z tym garem ziemniaków, co go obrałam. to są naprawdę polskie wakacje.


i w sumie w życiu nie zamieniłabym ich na olinkluziw nigdziebądź.

wtorek, 11 lipca 2017

wiwat życie oraz tata.

za dzieciaka byliśmy bandą. miałam dwóch kuzynów w tym samym wieku, co ja i mój brat. między młodszymi a starszymi były cztery lata różnicy, co bardzo szybko przestało mieć znaczenie. no chyba, że mój brat miał 15, a ja 11 i byłam zakochana dokładnie w każdym jego koledze i to jednocześnie, natomiast ja dla nich zawsze byłam dzieciakiem, gdyż zalążki cycków nie pojawiły mi się nawet, gdy byłam w ich wieku, a właściwie to nadal czekam.

kiedy mój brat i jego rówieśnik (michał i szymon) byli mali, mieli tak ze trzy lata, byli petardami nie do zatrzymania. jeden ciągnął drugiego i to zarówno w górę (na wielką kupę węgla), jak i w dół (kiedy zjeżdżali z tej kupy do piwnicy przez otwarte okno).

chłopakami opiekował się dziadek. dziadek wacek, największy poczciwina na świecie. wszystkimi dziećmi w rodzinie opiekował się zresztą dziadek. babcia pracowała, a dziadek ogarniał chatę. co rano mieliśmy cieplutkie bułeczki z dżemorem albo powidłami śliwkowymi, kakao lub herbatę, byliśmy zadbani, wygłaskani i szczęśliwi. na obiad modro kapusta, pyzy na lumpie ze sosem, ślepe ryby albo pyry z gzikiem. pyszka!

dziadek wacek, michał i szymon. zdjęcie zrobił syn tego w okularach, a ojciec tego z zębami na wierzchu.
zdjęcie zdjęcia zrobiłam ja, córka tego, który robił to zdjęcie.

i te dwa małe gnojki, kiedy zaczynały fikać, to właziły dziadkowi na głowę i na ambicję. dziadek jednak, mimo swojej poczciwości, był sprytkiem i szybko zorientował się, że jego dwaj pierwsi wnukowie tworzą naczynie połączone i wystarczy wyłapać jednego, żeby drugi prędzej czy później sam przylazł.

autor poprzedniego zdjęcia zwany także dziadkiem jasiem, natasza i zoja. zdjęcie zrobił zięć tego w środku i ojciec tych dwóch po bokach.

tak więc dziadek ganiał za nimi po hałdach węgla, po żwirze, nurał po krzakach, brodził w rzece, aż jednego złapał. wtedy chwytał go wpół pod pachę i niósł do domu, natomiast delikwent w tym czasie - nie oszukujmy się, darł ryja, kopał, wierzgał, gryzł i drapał, jak na trzylatka przystało. dziadek jednakże był twardy jak pięty babci i szedł uparcie do domu. wówczas, jak na gumce pojawiał się drugi gnojek i wrzeszczał: "puść go stary dziadu! puszczaj! zostaw!" i próbował pluć na duże odległości. bezskutecznie, bo tego nauczyliśmy się dopiero kilka lat później plując z balkonu na ludzi wracających z kościoła.

kiedy plułam na ludzi z balkonu, wyglądałam podobnie niewinnie.

byliśmy straszni. ale dziadek jak nas wyłapał, to wygłaskał, wymył, nakarmił i z powrotem puszczał luzem, jak zwierzątka. do następnego ekscesu. później zawsze myślałam: gdzie wtedy była moja mama? gdzie tata? dlaczego pozwalali nam na takie coś? jak to możliwe, że w domu ślęczałam nad zimnym, obsmarkanym obiadem do dziewiętnastej, a u dziadków nad tym samym obiadem słyszałam: nie chcesz, to nie jedz (i zawsze jadłam)? jak to możliwe, że w domu nie mogłam zeżreć przed kolacją ciastka, michy truskawek, kiszonej kapusty palcami ze słoika, lizaka, cuksa, wylizać wibowitu z worka, a u dziadków tak? 

miały karmić ryby, ale tak naprawdę jedzą ciastki.

teraz już to wszystko wiem. teraz odstawiam swoje dzieci do dziadka i znikam. donikąd. do lasu, do miasta, na pomost, do koleżanki. moje dzieci są wylatane, wybawione, umyte (albo i nie), nakarmione i wyluzowane. i ja też. 

a rajtuzy jeszcze białe. niebywałe.

powinnam zatem przymknąć swoje spaczone matczyne oko na to, że żarły ciastka zamiast duszonej marchewki (mniam) i maliny prosto z krzaka (z larwami pasożytów), że ganiały po dworze w samych skarpetach (tak, nie muszę ich dopierać ręcznie, mogę je wyrzucić), ubrania mają założone na odwrót i mają piękne zdolności, których ja już nigdy nie posiądę (nabijanie białych robaków na haczyk).

najpierw robak na haczyk, później ciasteczko. mniam.

tak naprawdę - dzięki, tato.
byłam w lesie i nad innym jeziorem.
samiutka.
w ciszy!

wiwat dziadkowie.
wiwat życie.
no i przede wszystkim:
wiwat ciastka!


wpis powstał przy współpracy z drgerard.eu, sprawdźcie, bo oni tam mają fajny konkurs - klik


piątek, 7 lipca 2017

gdyby tak.

gdyby tak
każdy miał swoją wyspę

a na niej siebie sprzed tysiąca lat

gdyby tak
każdy miał swoją miłość

a w niej pewność na kolejny świat

gdyby tak
każdy miał ciepłe ręce

a w nich bezpiecznie trzymał czyjąś twarz

gdyby tak
można się było uśmiechnąć

i patrzeć na siebie i trwać, trwać, trwać

gdyby tak
gdyby?
tak.



poniedziałek, 3 lipca 2017

ach, to ty.

piąta czterdzieści pięć. krótki krzyk zoi. wstaję niespokojna zobaczyć co się dzieje. nic. sen. ja nie mogę zasnąć. przewracam się. myślę. rzucam w swojej głowie. turlam. próbuję dospać, jestem matką, mam wieczny niedobór snu, którego nie da się zalać kawą, jerbą, guaraną, spidem z puszki. śpij - proszę siebie jak swoje córki - śpij jeszcze trochę.

budzę się trochę później, kiedy ojciec jedyny szepcze w ucho zoi "wszystkiego najlepszego kochana" i już wiem wszystko.

o piątej czterdzieści pięć cztery lata temu zoją szarpnęło w moim brzuchu. miałam zagrożoną ciążę, skróconą szyjkę macicy, założony pessar i plan, że urodzę natychmiast po zdjęciu krążka. termin na koniec czerwca, pessar zdjęty w maju, urodziłam jedenaście dni po terminie. jedenaście najdłuższych dni spędzonych w szpitalu. trzy razy wywoływano mi poród. chodziłam na spacery, po schodach, tam i z powrotem, w górę i w dół. po trzeciej próbie powiedziałam: nie. niech urodzi się wtedy, kiedy ona będzie gotowa, nie ja. to jej przejście, nie moje. moja cierpliwość, a raczej jej brak, jest niczym w porównaniu z tym, z czym mierzyć się będzie wkrótce ten człowiek.

bolało. bardzo bolało. skurcze miałam rzadko, ale bardzo bolesne. z nataszą krążyłam po podłodze na czworakach jak dzikie zwierzę. mościłam posłanie jak suka, deptałam trawę, jak sarna, nie dotknęłam łóżka przez siedemnaście godzin porodu. teraz położyłam się na łóżku, nie dałam rady cała. głowa zwisała mi z boku, nie mogłam otworzyć oczu. położna ocierała mi ślinę kapiącą z kącika ust, nie pozwoliłam przełożyć swojej głowy na miejsce. nie było wtedy dla niej miejsca. pomiędzy skurczami tak bardzo chciało mi się spać. śpij, mówiła renia, położna, mój kompetentny anioł. śpij jeszcze.

bez słowa to przykrywała mnie szpitalną kołdrą, to odkrywała, wycierała twarz, odgarniała włosy. wybudzałam się i szeptałam niemal bezgłośnie "reniu, pomóż". "jeszcze troszkę, madziulka. jeszcze, jeszcze. ja ci powiem kiedy". zoja traciła tętno w szczycie skurczu. ja traciłam świadomość po skurczu i zasypiałam. po kilku takich cyklach renia powiedziała "już wiem. ona jest owinięta pępowiną. jak masz skurcz, to ją ściska, a potem taka długa przerwa jest, żeby ona się zregenerowała. urodzimy ją, ja ci powiem kiedy. na razie czekamy. jesteście bezpieczne".

urodziłam zoję w środę. wtorek był dniem podawania chemii nataszy. poprzedniego dnia ojciec jedyny z nataszą jechali autem do warszawy i z powrotem na wlew. tysiąc kilometrów w aucie z dwulatką po chemioterapii. chciałam, żeby się wyspali. nagle odeszły mi wody i zoja zaczęła swoją podróż do nas. "o rany, madziulka, dzwoń po bartka, bo nie zdąży!". zapakował nataszę w piżamce do auta, przekazał śpiącą swojej mamie na ulicy i ruszył do nas.

"już nie mogę, ratunku, reniu" ledwie mówiłam. "ratunku. pomóż". płakałam i odpływałam. siódma rano. albo ósma. nie wiem. wiem tylko, że boli tak, że nie mogę nawet krzyknąć. nie mogę ruszyć niczym. zoja się rodzi, bartka nie ma, mnie już chyba też. cała znikam, zamieniam się w ból. nie mogę już płakać. nie wiem co robić. myślę "tnijcie, bo ja umrę", ale nie mówię tego. nagle wszystko ucicha. "madziulka, ona czeka na tatę" mówi z niedowierzaniem renia. ja rzucam cichutkie "zoja, nie rób mi tego, chodź". dziesięć minut ciszy. świat stoi. czas stoi. ja wiszę. wchodzi bartek. dostaję nadludzkiej siły, renia przesadza mnie na krzesełko. dwadzieścia minut, jedno "nie dam rady - dasz kurwa" i cztery bóle parte później tulimy zoję.

otwieram oczy szeroko, szeroko. po spaniu nie ma śladu. ona patrzy na mnie, jeszcze nie widzi. ale do tej miłości nie są nam potrzebne spojrzenia.

dzień później przyjeżdża natasza. spogląda na siostrę i niczym nie zdziwiona mówi: "ach, to ty".

zostajemy z tym już na zawsze.

wszystkiego najlepszego, córeczko. kocham cię bardzo i mam nadzieję, że kiedy spotkasz miłość swojego życia, kiedy zobaczy jaka jesteś dobra, radosna, pełna życia, piękna, mądra i silna, powie: "ach, to ty".  


wtorek, 27 czerwca 2017

o tym, jak mnie zamurowało, dlaczego płaczę i o dławieniu się życiem.

jedyne co w życiu za darmelca dostałam to solidny wpierdol na starcie. mentalny. fizycznego nie. 

raz tata chciał nam wlać, bo się z bratem tłukliśmy w łazience o to kto się pierwszy myje, żebyśmy zdążyli na jedyny film, jaki mogliśmy oglądać w tygodniu, a że tłukliśmy się tak długo i namiętnie, że cały film przeleciał, a tata nic z niego nie usłyszał, a już nawet nie wiem czy chciał, ale z pewnością słyszał nasze jęki, cedzenia przez zęby trudnych zbitek słownych z gatunku "zabiję cię gnoju", sapanie i uderzenia tępymi przedmiotami typu nasze wówczas puste łby o kant umywalki, że chciał wreszcie z nami zrobić, jak to się pięknie mówi, porządek. jednak na narzędzie zbrodni wybrał listewkę, która złamała się przy pierwszym uderzeniu, mój bardzo nieletni naonczas brat zapytał "co ty robisz" w taki sposób, że zabrakło tylko kurwy pomiędzy, wszyscy się roześmialiśmy i poszliśmy w zgodzie brudni oglądać napisy końcowe dempsej i mejkpis na tropie.

tak więc kiedy jakiś czas temu mój kolega dzierżąc klucze od dobrze prosperującej firmy odziedziczonej po rodzicach powiedział, że wszystko, co w życiu ma, zawdzięcza tylko sobie, to zadławiłam się własnym prychnięciem. połknęłam je, nie dałam po sobie nic a nic poznać, bo kto wie, może kiedyś będę jeszcze potrzebowała tej znajomości.

wpierdol, który dostałam nie przekłada się niestety na pieniądze, zarobki, firmy, jeno na moją w chuj wielką wrażliwość i to, że płaczę, kurwa, nawet z powodu, że winda nie jedzie, mimo, że mam się dostać tylko na trzecie. łzy są wpisane we mnie jak te dwa ludziki pana leonarda da winczi w kółko i kwadrat. płaczę sobie dużo, a często, luźno i całkiem, że tchu nie mogę złapać.

jak mówię czasem, że gdzieś było tak, że się poryczałam, to się moi znajomi śmieją, że to znaczy jak, chujowo czy wręcz przeciwnie, bo u mnie o to w każdym przypadku nietrudno.
no trudno. płaczę. 

ciężko się ze mną wtedy rozmawia, bo to człowiek by albo chciał przytulić, albo zdzielić z liścia na zasadzie "ej, weź się", bo z takim płaczem jest bez sensu jak z syreną - ani to zjeść, ani wyruchać.

jak byłam w meksyku, to się popłakałam jednego dnia: jak zeszłam z katamaranu, bo zeszłam sama; jak wsiadłam do dingi, bo to takie chybotliwe, a ja nie wrzeszczę ze strachu; jak weszłam do wody, bo weszłam do wody; jak przepłynęłam kawałek, bo przepłynęłam kawałek; jak wpłynęłam takiej amerykance w kajak, bo się z tego śmiała, a ja jej jeszcze po angielsku coś powiedziałam; jak wyszłam z wody, bo tam był trupek tej małej kaczuszki; jak poszłam za wydmę, bo tam była pustynia i ten ogrom suchości po tym ogromie wody to już było za dużo. i jeszcze tyle tlenu tam było i ja się sztachnęłam tym tlenem, że no łzy to same popłynęły, ale już razem ze mną z powrotem na katamaran.

po powrocie z rejsu miałam dżetlag stulecia, płakałam i płakałam, ciało mi się wiło i składało w jakieś nieznane mi coś, wyrywało mi trzewia z tęsknoty za tamtym tu i w ogóle. meksyk.

pomijam fakt, że pierwszego dnia po powrocie zamiast spać poszłam się z mężem natychmiast napić na imprezę i natańczyć. a było to w galerii sztuki, takiej że prawdziwe obrazy i tam był on. obraz, który wyglądał jak meksyk. jak nasz meksyk. darł się do nas kolorami, wszystkim krzyczał, że to on. a ja, że go chcę. że tak właśnie tam było, że w meksyku zostawiłam kawałek siebie, a na miejsce tego, który zostawiłam, wzięłam sobie meksyk do środeczka i odparowuję go teraz bardzo powoli.

bo ja tam odpoczęłam. odpoczęłam od choroby nataszy. myślałam, że mi się to nigdy nie uda. a zapomniałam na dwa tygodnie, że ja mam tu szpital co chwilę, wyniki i dziecko, które wymaga ode mnie więcej, niż inne. zapomniałam, że właśnie wyszłam z depresji, że ze światem to ja się miałam dopiero macać, tymczasem ja się ze światem przespałam, ja się na świat rzuciłam i daję mu się sobą porozkoszować też.

ja chcę żreć życie, wpychać je sobie garściami do duszy, łopatą wrzucać w siebie każdy dzień. teraz chcę być w pierwszej kolejności mną, a potem mamą, bo dziewczynki mam już duże. i że ja mogę. i że ten świat czekał. i że to wszystko jest takie piękne, nawet to, że jak biegnę po lesie, to muszę uważać, żeby nie ponadeptywać tych obleśnych jak dotąd ślimaków bez skorupek, które nagle tak cholernie wyładniały, jak ja po wakacjach.

wytrzeźwiałam i spytałam ile kosztuje obraz.
no i chciało mi się z powrotem upić. 
nie można mieć wszystkiego - straszliwie nie lubię tego powiedzenia - ale tak właśnie było.
obraz odjechał, żal pozostał.

kilka dni temu poszłam na koncert mojej przyjaciółki małgorzaty, która to małgorzata zaczęła swoją karierę wokalną i to taka jest dobra, że hoho. no i ja tam poszłam, a tam więcej naszych przyjaciółek było, żeby ją powspierać, bo i na basie sama grała, i śpiewała i w ogóle takie takie. czad. no i śpiewa sobie małgorzata pięknie, a jak już posmyrała mnie wokalem po mózgu, że łza napłynęła do lewego oka, to ona nagle przerywa, że nas oszukała i że teraz to ona prosi ankę i martę na scenę i ja patrzę co tam się, kurwa, wyrabia, a one ten obraz niosą podpisany, że to dla nas. dla ojca jedynego i dla mnie. bo my rocznicę ślubu mieliśmy. siódmą.

i wtedy to ja dopiero gruchnęłam z oczu. w jakimś emocjonalnym widzie mówiłam, że "tak nie wolno", i że "warto się było ohajtać", że wszystko napiszę i że przeczytacie na blogu, a ojciec jedyny, że ja nie mogę płakać w takiej chwili, bo z nas dwojga to ja jestem ta co gada, a ja że jak nie mogę płakać, jak ja muszę.

na ten obraz, na to wspomnienie, na te uczucia złożyło się bardzo dużo ludzi. gośka skrzyknęła pół polski, żeby kupić nam obraz. wszystkich mam napisanych na karteczce. i wyrytych w sercu.

do tej pory na samą myśl płaczę, bo ja nie umiem brać.

nie umiem tyle dostać.

od tylu ludzi. i od takich ludzi.

obraz nie wisi. nie daję rady go zawiesić, płaczę kiedy po prostu przechodzę obok niego. ale kiedyś zawiśnie. kiedyś będę umiała. kiedyś odwieszę na haczyk swój brak wiary w siebie i powieszę haczyk na obraz. na wspomnienie. na siebie samą, na to, co się tam wydarzyło. haczyk na horyzont, na możliwości, na nadzieję.

to dlatego mnie zamurowało.

nie umiem wam podziękować, kochani. nie umiem. gośce, że to zobaczyła, wymyśliła, zaczęła i pociągnęła. przyjaciołom, że wpłacili pieniądze. dużo pieniędzy. że chcieli. że dla mnie, dla nas. 

mnie się cały czas wydaje, że ja nie zasługuję, żeby mi coś dać. że owszem, ja to bym światu chciała dać co tylko mam. i ludziom, i zwierzętom, i ziemi, i wodzie, i niebu. ale że dla mnie nie trzeba. że ja nie potrzebuję, że ja sobie poradzę.

nieprawda.
potrzebuję. 
potrzebowałam tego.
i radzę sobie tylko dlatego, że wiem, że jesteście obok. i że wiele razy byliście obok. w tych najtrudniejszych chwilach. w izolatce, w szpitalu, w telefonie, w esemesie, w mejlu.

dziękuję.

a gdybyście jeszcze poczuli, że miło, jak jestem wdzięczna, to w lipcu mam urodziny, a w październiku jest rejs do grecji, na który chwilowo mnie nie stać. 

kocham was.
dziękuję.
płaczę.

i tak, wzięłam niepierdol. 
zatoki. bo mocniejszy.


poniedziałek, 12 czerwca 2017

dalej.

biegnę.

po mazowszu biegnę, oderwana od wszystkiego, dokąd jechałam tak długo. w swoich butach z lidla, spodniach z biedronki i koszulce z tesko biegnę. myślę, że biegnę tak samo, jak gdybym biegła w asiksach, adidasach, najkach. w głowie mam mapę, którą podyktował mi brat, a nie endomondo na telefonie, smartłoczu, dżipiesie. pomiędzy budynkami prosto, asfaltem, aż się zmieni w szuter, zakręty takie bardzo bardzo - kilka, aż przekroczysz asfalt, zawracasz. zaraz za bocianim gniazdem, dwadzieścia kroków na północny wschód od zajęczej nory zawracasz. z ptakami.

biegnę, kolorowa jestem, liczę asfalty, szutry, zakręty. 
patrzę, wącham, słucham.
biegnę. z każdym podskokiem dzikie siano moich myśli ubija się, miażdży, wyrównuje. kompost spod spodu się rozsypuje, na wierzch narzucam kolejne kępy splątanych myśli.

wiem, że kiedy wrócę, głowa będzie spokojna, ciało wybujane, a oddech miarowy.

biegnę.

czeremcha wbija mi się w nozdrza, tracę rytm oddechu, ale zyskuję skok w podstawówkę. wdycham szybciej i więcej, niż wydycham. żeby tego nie stracić, jak kichnięcia. nie chcę zgubić tego zapachu, wspomnienia.

zawsze się przyjaźniłam z ładnymi blondynkami, do których lgnęli ci oni, wszyscy. zawsze miałam więc umysł napięty jak struna i gotowa byłam zajebać ripostą od wczesnego dzieciństwa, żeby się tym onym podobać. nigdy nie działało. zresztą, do tej, kurwa, pory, zajebuję sobie w lustro ripostą i - jakoś nieszczególnie sama się sobie podobam, więc jakże bym im miała? - prawdopodobnie gdzieś w tym myśleniu tkwi błąd. kiedyś dojdę - dobiegnę do tego, w którym miejscu.

teraz biegnę. mam siedem lat i siedzę w zachodniej polsce na gałęzi w dzikim sadzie z blondyną, czeremcha napierdala w nozdrza, konwalie z poniemieckiego cmentarza takoż, konwalie, które przyniósł mi mój wówczas chłopak i to z piątej klasy, to znaczy byłby w piątej, gdyby nie zakiblował. jezusmaria, mam siedem lat, bujam się w nastolatku, bo jakby nie liczyć jedenaście to jest nastolatek, a on we mnie. ta czeremcha i konwalie drążą mi mózg i wiele lat będę myślała, że tak właśnie pachnie miłość, a najgorsze jest to, że o tym, że to czeremcha dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku.

biegnę. wbiegam w las i jestem w bydgoszczy. na kapuściskach. w lasku przy tramwajach, gdzieś niedaleko fontanna. poziomki z cukrem i śmietaną u babci, pani grabiowa z siódemką dzieci i wszystkie w kilku parach majtek w fontannie, żeby nie zmarzły. teraz wącham bydgoszcz, choć dziś pachnie zupełnie inaczej.

biegnę. słyszę kury, koguty. jestem przecież w mieście. a nie w mieście. indor się bulwersuje na moje tupoty i sapanie. gulga-gulgocze, mnie się morda cieszy. cielak mi wylazł na drogę, patrzy. biegnę. patrzę. nie wierzę. oczom własnym nie wierzę. wdycham zapach kurzych gówien, patrzę na byczka, który jeszcze ma tylne nogi za długie, dupa mu nad wyraz wystaje, mnie trochę też, choć nóg za długich nie mam. nie wiem kto komu się bardziej dziwi.

żyto zielone faluje na wietrze, jak jakaś wielka, zielona woda, jak ocean, morze, ja wewnątrz tego świata. biegnę.

kosmate łąki sąsiadują z ogródeczkami przystrzyżonymi od linijki. ludzie koszą, porządkują, pracują. nikt tu nie biegł dawno, no chyba że mój brat, ale i on ostatnio też nie. czuję się jak owad, jak różowa ważka, która wbiła się państwu w sam środek soboty na podwórza, a tu przecież nie ma nigdzie wody, skąd tu ważka-nieważka. nikt tu donikąd nie biegnie, a już na pewno nie bez powodu.

oglądam ogolone przed niedzielą trawniki, na które z okien patrzą też papierowe jany pawły drugie w sztucznych kwiatach i żółtych chorągiewkach. uśmiechamy się wszyscy, każdy do swoich myśli.

polne kwiaty jak intruzy jakieś chcą zajrzeć na wystrzyżone podwórka, kosiarki za pomocą złowieszczego warkotu i człowieczych rąk grożą - wrr, wrr, nie wyrastaj tu, my tu mamy równo.

biegnę. 

myśli w mojej głowie próbują się ubić, tym razem nie pozwalam. wyrzucam ich siano wysoko nad głowę, pozwalam swobodnie opadać. mózg to nie trawnik.

niech rośnie dziki.

śmieję się.

biegnę.



środa, 7 czerwca 2017

już mogę.

siedzę w kuchni u teściówki w domu. przy stole. patrzę na sztuczne słoje miedzianego emdeefu. są. płyną. widzę je.

jest poniedziałek, wtorek, środa, albo coś innego. wszystko jedno.

wodzę palcem po słojach.

nieprawda.

nie wodzę. wodziłabym, gdybym miała siłę.

wzrokiem nawet nie wodzę.

nie wodzę.

słowa grają mi w głowie. nie wodzę, nie przewodzę. nie jestem wodzem. swoim, ani niczyim. co ranek ubieram dziewczynki, swoje dwie cudowne dziewczynki, odprowadzam do drzwi, do przedszkola, do życia. potem myję się, ogarniam jakoś, siadam. autopilot w głowie nastawiony na "dziś". mijają dni, tygodnie, miesiące, ja z wbitym w stół wzrokiem. jem, piję, coś myślę, płaczę. dużo płaczę.

dlaczego?

odpowiedź przychodzi tylko jedna. jest we mnie, nie szukam jej, bo tak właśnie teraz myślę: nie umiem żyć.

nie mam siły, potrzeby, chęci zapytać siebie co to znaczy umieć żyć. wiem jedno, wiem, że nie umiem żyć. i to jest moje wczoraj, dzisiaj, jutro, to moja niedziela, mój maj, lipiec, mój ranek i zmierzch. zmierzch.

nie mogę się naoddychać. nie umiem nabrać powietrza bardziej, niż do gardła. czuję, jakby mi nie były potrzebne płuca, serce, żołądek. zgrabiałą piąstką wciskam do ust porcję ryżu. a może ziemniaków. a może warzyw. coś wciskam w siebie, nawet nie wiem co. widzę tylko plastikowe słoje na stole, nic powyżej. nie chcę, nie wiem, nie umiem.

czasem nadchodzi nadludzka siła. zadania. coś, co muszę zrobić. kark jest półprzygięty, nogi też się nie prostują, głowa nie chce i nie może się podnieść. tak dawno nie widziałam nieba.

weź niepierdol. wtedy właśnie go tworzę. kiedy mam zagrać, że podnoszę głowę, że żyję, że potrafię.
jest szał. jak pani się z tym czuje? jak pani to zrobiła? jak się zostaje sułtanem internetu? jak się wpada na genialne pomysły?
nie wiem. nie umiem. nie chcę. dziękuję.

najpierw padam ja, potem diagnoza.

depresja. dzień dobry. 

psychoterapeutka nie daje rady. pani magdo, pani jest zagrzebana w liściach, ja próbuję je odgrzebać, ale chyba trzeba sięgnąć po narzędzie.

czuję liście. wyraźnie czuję zatęchły stos nade mną. to dlatego nie mogę oddychać. zwijam się w kłębek i płaczę inaczej niż zwykle. nie ma wzruszeń, nie ma smutku, nie ma strachu, nie ma nic. czarno jest. jestem ja bez kości. bez środka. moja powłoka powłóczy. w oczach mam pusto, w sercu pusto, mimo tego chodzę, czeszę, śpiewam, karmię, myję, usypiam. 

każdy dzień waży tonę i nie waży nic. tonę i jestem niczym. delfiny popełniają samobójstwo po prostu nie wypływając po oddech. chcę tak samo, ale nawet tego nie umiem.

chcę zniknąć. czuję, że mnie już dawno nie ma. ciało nie moje, myśli nie moje, duch uleciał. uleciało życie. nie umiem żyć. nie ma dobrych pytań, nie ma dobrych odpowiedzi, nie ma nawet złych.

dostaję psychotropy. zasypiam co pięć minut. zasypiam na spacerze - kładę się w lesie i śpię kilka godzin. gdzie byłam? nie wiem.
wychodzę z dziećmi. kładę się na ziemi obok piaskownicy, malutka zoja podkłada mi pod głowę plecak, zdejmuje swój sweter i mnie okrywa. leżę pod wieżowcem. sąsiedzi przechodzą obok. mogliby przeze mnie. bo przecież właśnie znikam.
otwieram oczy i tak samo mnie nie ma, jak wówczas, gdy mam je zamknięte.
kiedy zaczną działać leki? za miesiąc. nie zadziałały. przespałam miesiąc. nie jest mi z tym źle, jest mi źle po prostu. nadal nie umiem żyć.

świat nie wie.

pani doktor zmienia mi leki. te działają lepiej. zaczynam widzieć, mieć siłę podnieść i utrzymać powieki. psychoterapeutka trzyma mnie w pionie. bartek trzyma mnie za ręce i serce. mama bartka pilnuje, bym zjadła, by dzieci zjadły, powoli podnoszę głowę. słoje na stole przestają mi zajmować mózg.

przez rok jem proszki. pocę się jak szczur. budzę się w nocy mokra, cała mokra. skutki uboczne. cztery przebiórki, zmiana pościeli kilka razy co noc. jesteśmy zmęczeni. wiem, że wszyscy, wiem też, że kiedyś oprócz "wiem" także poczuję. zmęczenie, coś. na razie jestem wypalona, zwęglona, czarna w środku i brudzę sobą.

jest mi trudno przyznać się przed sobą, że mam depresję. jak to, ja nie dałam rady? ja jestem chora? ja? a kto z dzieckiem jednym, drugim? jak to nie ja? długo nie uznaję choroby. wstydzę się, jestem zażenowana swoją słabością. niepotrzebnie.

ale mija czas. podnoszę się. wychodzę ze studni, mimo że ma śliskie ściany i łatwo zjechać z powrotem. potrafię już zadrzeć głowę i zobaczyć, że studnia ma koniec i światło na szczycie. widzę je. czuję. jest.

trzy miesiące temu odstawiłam leki. ucichłam. zmieniłam się. ale jestem. żyję, biegam, byłam na rejsie w meksyku, uczę się pływać, jeździć konno. chcę żyć. chcę się jarać światem. chcę brać garściami, bo wiem jak to jest, kiedy nie wiesz nawet, że masz ręce.

ty też chciej.
pomogę.
sobą, jak umiem.