wtorek, 17 stycznia 2017

tera nera.

mam takiego lekarza rodzinnego, co go bardzo, ale to bardzo lubię.
gdyż albowiem jest normalny.
albo właśnie wcale normalny nie jest.
na pewno jest buddystą, na pewno leczy zgodnie z zasadami medycyny chińskiej, prawdopodobnie jest szczęśliwy, a już na pewno zawsze uśmiechnięty.
lubię do niego przychodzić, bo gada inne rzeczy, niż "proszę się rozebrać" nie zaszczyciwszy mojej persony swoim spracowanym spojrzeniem. o, nie. to nie on.

ten, jak chciałam zajść w ciążę, jak mnie zobaczył, jak ze mną pogadał, to kazał wyjąć wszystkie kolczyki z ciała, uświadomił mi, że tatuaż na wysokości macicy, na którym dwie małe tribalowe nibyrybki się gryzą, to nie jest najszczęśliwszy pomysł, jak się chce zajść w ciążę, no i polecił mi jeść mięso, bo żeby przeżyć w naszym klimacie o misce ryżu, trzeba by mieszkać w lesie nad rzeką, hahaha.
hahahałam niemal ze zrozumieniem, wyciągając z karku i jęzora kolczyki, próbując dociec czy aby da się tatuaż zszorować pumeksem i zupełnie nie przyznając się, że mieszkam w lesie nad rzeką.

kiedy zaś zaszłam w pierwszą ciążę i bardzo bolała mnie głowa, i spanikowana przyszłam zapytać czy mogę coś z tym zrobić, to z rozbrajającym uśmiechem powiedział mi, że owszem, jak wierzę w boga, to mogę się położyć i poprosić go, żeby mi przeszło.

to jest mój rodzinny lekarz. taki z enefzetu. poważka.

miałam dziś ochotę skorzystać z jego usług, albowiem napiżdża mnie nera.
i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zoja nie trzymała się za boczek mówiąc "boczek mnie boli".
skoro mnie boli i ją boli, to może coś robimy nie tak.
lecz zanim się wybrałam, postanowiłam skorzystać z tak zwanej wyroczni, bo - jak mówi stare ludowe porzekadło - nie ma w gogle, nie ma wogle.

no i wpisałam w te gogle: napiżdża mnie nera i co się okazuje. nery nie napiżdżają. płuca nie napiżdżają, nery nie napiżdżają, mózg nie napiżdża, to ja nie wiem co mnie napiżdża. boczek, cyc i próżnia. przy czym w moim przypadku cyc również zawiera się w próżni. odwrotnie proporcjonalnie do boczku.

no i teraz tak. jak sprawdzić co mnie napiżdża? zawsze lubiłam biologię i jakieś tam pojęcie mam, wiem gdzie co. mam serce i patrzam w serce. cóż więc mię tak napiżdża w okolicy nery, skoro to nie ona? no i uznałam, że musi być jakaś appka na androida. musi ktoś stworzyć takie coś, że przykładasz telefon w miejsce gdzie cię napiżdża i ci mówi co to jest. jak nie masz telefonu, to się kładziesz na komputer i www.comnietaknapiżdża.pl.

no bo ja nie pójdę do lekarza mówiąc: o dzień dobry, napiżdża mnie nera, wiem, że nera nie napiżdża, ale mnie akurat napiżdża, więc albo jestem wyjątkowa, albo to nie nera.

bo najbardziej boję się tego, że mi powie, że nie jestem wyjątkowa.

no trudno, niech napiżdża.

niedziela, 15 stycznia 2017

nowy dom.

mam nowy dom.
taki nowy nowy.

że echo w nim hula razem z nami, bo mam też dziecko z ospą w domu. na szczęście ospa okazała się być na tyle wyrozumiała, że oprócz czochrania nie dała dziecku nic. ani bólu, ani gorączki. więc hulamy. natasza, ja i echo.

zaraz dom napełni się nami, zdjęciami, obrazkami, ramkami, rysunkami, ubraniami dla lalek, żołędziami, które żal wyrzucić, obrusami za małymi na nowy stół, ale takie ładne były i takie tanie, że aż żal było nie wziąć, włóczkami zanabywanymi w drodze kupna, że może tym razem coś wydziergam, szydełkami zgubionymi i odnalezionymi, sznurówkami do już wyrzuconych butów, wkładkami do tychże, ręcznikami kuchennymi, które choć dziurawe, to jednak od cioci basi, zapasową nogą od kanapy, nietypowymi flekami od znoszonych butów, bluzami, które mimo, że mają falbany na mankietach, to są ukochane, koszulkami, które jak się wyrzuci, to już się nic nie będzie miało, pojedynczymi skarpetami, których pełne są wszystkie domy, a które giną w niewyjaśnionych okolicznościach, gaciami, które piją, ale są z koronki i może kiedyś i ja się napiję, by je założyć i zagrać seksi laskę, rajtami na zimno, pończochami na ciepło, bo kto wie, być może jeszcze zrobię z udami takie coś, że pończochy nie będą wyglądały na nich jak przeguby niemowlaka, elektrycznym grillem nigdy nie użytym, takim wichajstrem do przewracania mięsa, choć mięsa od lat nie jem, reklamówkami, które już częściowo uległy w szafce biodegradacji, zużytymi bateriami, które kiedyś wyniosę do kastoramy, niedziałającymi lampkami choinkowymi i własną schizą, bo przeczytałam kiedyś książkę o feng szui i wiem, że nie wolno takich rzeczy w domu gromadzić.

na razie mam nowy dom i nie mieszka tu jeszcze żaden kot z kurzu.

na razie mam nowy dom i chodzę z takim psikaczu i psikam. łapię osobiste pokemony z plam na papierowy ręcznik.

na razie chodzę i pucuję. i mi się chce.

więc jak parę dni temu zobaczyłam niewiadomego pochodzenia różowawe plamy o konsystencji niepodobnej do niczego, to od razu zawiesiłam wszystkie znane mi psy na plej-do i na plastelinie. szurałam kapciami i kolanami po kafelkach i panelach i wieszałam psy także na tych, którzy to do mojego nowego domu przywlekli. tarłam fugi do gołego mięsa, klnąc najszpetniej, jak tylko potrafię zapominając, że po pierwsze dzieci uwielbiają się tym bawić, a po drugie przywlekli to ci z moich bliskich, którym na pytanie: "co kupić dzieciom?" zawsze odpowiadam "plastelinę" albo "plej-do".

i kiedy tak plułam na szmatę i psikałam psikaczem, a plamy się mnożyły, jak kropki ospy na nataszy, to zobaczyłam, że to ja sama na kapciach mam kawałek konturówki do ust, który mi wypadł z temperówki, jak nieudolnie próbowałam po raz wtóry zrobić z siebie gwiazdę internetów i im bardziej wkurwiona szuram kapciami, tym bardziej zajebuję cały dom na różowawo.

więc. jeśli ktokolwiek będzie chciał do mnie przyjść i coś mi kupić, to błagam, niech to będzie młotek, żebym się pacnęła w łeb.

albo po prostu wódka.


czwartek, 5 stycznia 2017

cała ja.

czasami sobie zaprzątam głowę rozmyślaniami typu: czy wszystkie ludowe prawdy są prawdami i co, jeśli jedna zaprzecza drugiej. nawet nieszczególnie się na tym skupiam, ale takie myśli przychodzą i są. zupełnie jak te, że kiedy oglądam gwiezdne wojny, to się zastanawiam kto im w tych wszystkich statkach okna myje i że wiem, że jeśli już, to pewnie jakiś robocik, ale czym? na mokro czy jak? albo czy w próżni może być ciepło, albo zimno, czy próżnia to próżnia, nic. wiem, że na niektóre pytania są odpowiedzi, ale jest czasami bardzo miło ich nie znać.

jeśli idzie o prawdy ludowe, to od wigilii zastanawiam się czy to prawda, że jaka wigilia, taki cały rok. i że chyba nieprawda, bo inaczej musiałabym codziennie popłakiwać od osiemnastej do dwudziestej trzeciej, chodzić obżarta pierogami i śpiewać kolędy, co akurat dzieciom nie przeszkadza do samego lipca.

no i jeśli wigilia na przykład nie jest w poniedziałek, tylko w inny dzień, a mówi się też, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień, więc jeśli wigilia jest w inny dzień, dajmy na to w czwartek, to do czwartku jest tak, jak w poniedziałek, a od czwartku tak jak w wigilię, a w poniedziałek od nowa? to gdzie ten cały rok? no tak sobie myślę.

że jaki początek roku, taki cały rok. przecież zazwyczaj początek roku jest przeleżany w cielesno-psychicznym bezwładzie na kanapie z bólem głowy i familijnym kinem przed oczami. ja wiem, że sporo osób w naszym pięknym kraju tak właśnie potrafi spędzić rok, ale znowu nie ma tych osób aż tyle. a co z rzeczami niezależnymi od nas? czy jeśli przy nowym roku dostaniesz okres, to przez cały rok będzie cię krew zalewać?

ale jakichś prawd chcę się trzymać i kiedy zaraz po nowym roku, a był to poniedziałek, a wiadomo, że poniedziałki nie cieszą się zbytnią przychylnością społeczeństwa, więc nie dość że poniedziałek, to jeszcze nowy rok, ale ja dziarsko próbowałam stawić czoła temu festiwalowi niepowodzeń, wówczas pan, przemiły pan, podarował mi bilet parkingowy, którego nie wykorzystał. a ja wtedy wiedziałam, że to będzie dobry rok.

i aż poszłam do lumpa i tam kupiłam sobie bluzę-dziwadło za osiemnaście złotych, którą nie wiadomo jak się nosi, ale ja lubię takie wyzwania i to mnie też utwierdziło w przekonaniu, że to będzie dobry rok.

i jak kolejnego dnia przyszedł pan spisać licznik od wody, a ja akurat nagrywałam filmik, który wymagał ode mnie sporego urodowego nieładu, do czego akurat nie musiałam się jakoś szczególnie przygotowywać, po prostu wstałam z łóżka i już, no więc kiedy przyszedł ten pan, to ja wiedziałam, że to jest kolejny etap końca budowy i ja wiedziałam, że to będzie dobry rok.

tak więc stałam w nieporządku, ale szczęśliwa, z panem przed nosem i nawet zażartowałam, że gdzie ja mam licznik, a on, że pewnie w garażu, a ja oboże, to musi pan chwilę poczekać, bo muszę zbudować garaż. i czekam na jakieś hahaha, nie jakieś głośne, ale chociaż na jakiś grymas ustem w górę. czekam, a tu nic.

i dopiero jak pan wyszedł, to się okazało, że po prostu najzwyczajniej w świecie mam wielką krwistą plamę w okolicy niedługo-znów-pieluszkowej. 

cóż, ten rok nie będzie się różnił niczym od poprzednich i następnych.

sobota, 31 grudnia 2016

dobry rok.

to był bardzo dobry rok.

to był rok, w którym moje starsze dziecko nie spędziło ani jednego dnia w izolatce, rok, podczas którego dni bez kataru i kaszlu można było wprawdzie policzyć na palcach jednej ręki, ale nigdy, przenigdy nie było powikłań po chemii.

to był bardzo dobry rok. rok, w którym zdobyłam laur realizatora video roku. to był rok, w którym zostałam królową wszelkich gal, a mimo tego mi nie odjebało.

to był dobry rok. rok, w którym udzieliłam kilku wywiadów, a każdy z nich był wartościowym.

to był rok, w którym obie moje córki poszły do przedszkola. i żadna nie płakała. 

to był rok, w którym pozwolono mojemu dziecku w ogóle pójść do przedszkola.

to był rok, w którym wybudowaliśmy dom, rok, w którym zamieszkaliśmy w naszym nowym domu.

to rok, w którym mojej córce wykryto dodatkowy ubytek i rok, w którym udało się znaleźć na to remedium. czy poskutkuje, pokaże kolejny, mam nadzieję, dobry rok.

to był dobry rok. rok, w którym zaczęłam realizować kilka nowych pomysłów.

to był rok, w którym całkowicie zawiesiłam pisanie książki, czyli spełnienie marzenia mojego życia. nadal jednak uważam, że to był dobry rok.

to był dobry rok, bo zdiagnozowano u mnie depresję. i to był rok, w którym zaczęłam leczenie pozwalające mi po prostu oddychać.

to był dobry rok, bo podjęłam bardzo trudne decyzje. ale miałam siłę je podjąć.

to był dobry rok, bo wykrzyczałam kilka swoich prawd, z którymi wiele osób się zgadza.

to był rok, w którym nie umiałam żyć bez terapeutki. dobry, bo na razie nie mam po co do niej wracać.

to był rok, w którym codziennie moje dzieci przychodziły się przytulić.
to był rok, w którym mój mąż codziennie utwierdzał mnie w przekonaniu, że mnie kocha.
to był rok, w którym mój tata powiedział mi, że mnie kocha i że jest ze mnie dumny.
rok, w którym moja teściowa zrobiła wszystko, by mi pomóc.
rok, w którym moje rodzeństwo dało mi wsparcie.
to był rok, w którym wiele rzeczy mi się udało.

rok, który przeżyłam.

życzę sobie i wam kolejnych dobrych lat.

akceptacji swojego położenia.
szacunku dla siebie.
pewności.
siły.
i radości z deszczu. za to, że jest i że mogę go doświadczać.

niech się spełni.


środa, 14 grudnia 2016

cztery lata.

jadę na rozmowę w sprawie pracy, słucham żurawia. nie tędy, którędy podążać miałam, podążam autem już nie czarnym jak noc. szarym, jak pył na drodze, jak moja codzienność, wytartym, jak skóra pod nosem od smarkania przez łzy.

miły pan fejsbuk przypomina. widzę nataszkę sprzed czterech lat. zwykle nie zwracam uwagi na wspomnienia stamtąd, a teraz jestem stara i zwracam. co ja zwracam?

widzę moje ponadroczne dziecko w śniegu na podwórku przed naszym domem na wsi. co to ze mną robi?

pamiętam ten dzień. ubrałam ją kosmicznie, w taki kombinezon, co to nie przepuści dobrej zabawy bokiem. co to można tarzać się, robić orły, sokoły, bażanty. siebie ubrałam też w coś na kształt, nie musiałam wtedy stroić się, malować, odwiedzać internetu, ani sklepów z profesjonalną odzieżą. w zwyczajnie nieprofesjonalnych, zbyt krótkich, granatowych spodniach na szelkach, które notorycznie się przekręcają i tworzą niewygodną grudę pod kurtką, a jak się je poluzuje, to spadają, w takich właśnie spodniach, które jeszcze mieściły zojkę w moich trzewiach, poszłam na dwór z córeczką.

córeczka nigdy nie była żywiołowa. śnieg zawsze był zimny i mokry. niechętna zabawie, harcom, węszeniu w białej posypce niczym młody pies, poruszała się zachowawczo, całe swoje siedemdziesiąt cztery centymetry unosząc wysoko na obutych w najlepsze kozaczki stópeńkach. 

aż się zwyczajnie wywaliła. leżała zdziwiona w śniegowej pościeli wołając nieśmiało "mama".

śmiałam się. byłam szczęśliwa, beztroska, miałam jedno małe zdrowe dziecko, piękne i mądre.
miałam dom na wsi, śnieg po kostki, ciepłą herbatę w duchówce na piecu, rosół na obiad, marzenia, pracę, pieniądze, plany i świat pod nogami.

cztery lata później wypakowuję z kartonu ten sam kombinezon, bardzo dobry, ten na sprzedaż, który wreszcie znalazłam. i ten kolejny, z którego wyrosły obie moje córki. klęczę nad losem. zwieszam głowę w ukłonie, albo niemocy, nie wiem.

układam. swoje rzeczy w garderobie w nowym domu w mieście, a życie w głowie, w starej głowie, na szyi wyciągniętej wciąż w stronę "lepiej". wciąż nie sięgam.

płaczę.

tylko cztery lata. mam wszystko i nie mam nic.

nie mam nic z tamtej siebie.

wtorek, 15 listopada 2016

najlepszy prezent ever.

wczoraj byłam z nataszą u laryngologa. w innym mieście. niedaleko, ale wyprawa. w pierwszych dziesięciu minutach w samochodzie stałam się głównym celem ataku pod tytułem "jak to nie masz żadnej przekąski, przecież przed chwilą jadłam śniadanie i za chwilę będę głodna, ani sernika nie masz, nic, naprawdę nic?". wiem, że jeszcze ze dwa lata i komunikat ów zakończy zdanie: "co z ciebie za matka" i gdyby tylko nie była ze mną, dodałaby: "jadę do swojej matki". 

na szczęście zaraz się uspokoiła, jak tylko uświadomiła sobie, że obok gabinetu jest cukiernia, do której po badaniu wstępujemy. to dobrze o niej świadczy, albowiem noc należała do gatunku niezbyt przespanych, do czego akurat powinnam już przywyknąć, jednak mój organizm cały czas się broni.

szczyt naiwności, kłaść się z nadzieją, że się w nocy nie wstanie. niemożliwe. natasza pije i sika, tak ma i tak prawdopodobnie będzie miała, wstaje w półśnie, gada po jaszczurczemu i dokonuje dziwnych czynności, raz siedzi na poręczy i każe mi przynieść drzewko, innym razem próbuje się napić z maskotki i ssie pluszowe ucho/nos czy cotamchwyci. wody na zapas nie mogę jej nalać, bo za pierwszym razem pociśnie całą, zbudzi się na siku jeszcze szybciej, a i tak na drugi raz jej zabraknie.

zoja z kolei budzi się z tak przeraźliwym okrzykiem "mama!", że wstają i idą do drugiego pokoju także te kobiety w bloku, które nie mają dzieci, ani drugiego pokoju. kiedy biegnę na zdrętwiałych nogach przekonana, że głowa utknęła jej w szczebelkach, zacisnęła sobie kawałek jakiejś gumki na łydce, będzie wymiotować, albo właśnie posikała łóżko, mówi jakieś banały w stylu: "moja sówka oliwia miała dzisiaj imieniny", czy "jutjo natasza mnie nadepnęła na jęce" lub "gdzie ja mam jelita", po czym odwraca się i zasypia. próbowałam nie biec do takich incydentów, przez sen znalazłam w sobie nawet zgodę na unieruchomioną w szczebelkach głowę, niedokrwienie łydki i takie tam, ale zoja krzyczy tak długo, aż nie przyjdę, do babci i taty mówiąc "mamę wołałam, od ciebie nic nie chcę". 

przychodzę, ponieważ żal mi ojca jedynego, teściowej jedynej, nataszy, siebie samej i wszystkich tych ludzi z wieżowca, którzy coraz ciszej odpowiadają "dzień dobry" moim dzieciom.

lubię sobie pobyć oddzielnie z córkami, okazuje się wtedy, ze każda z nich jest inna, niż w towarzystwie tej drugiej, że jak nie ma kogo szarpać, to jest całkiem cicho, że jak nie ma cię kto całować z rozbiegu, to się nie przewracasz i nie obijasz sobie poszczególnych części ciała i że jak nie ma tej drugiej, to nie trzeba mówić coraz głośniej, żeby matka cię usłyszała, nie ma z kim się kłócić jakich piosenek słuchamy i co czytamy. raj.

i tak sobie z nataszą jedziemy i gadamy. żal jakiś się w niej zbiera, czuję to.
- nie jestem księżniczką. - mówi mi.
- możesz być. - odpowiadam.
- jak? nie mam sukni, pałacu, klejnotów.
- dla mnie nasz dom to pałac, w każdej sukni ci pięknie, a klejnoty sama robisz najcudowniejsze.
- e, to nie tak. - szuka.
- dokładnie tak. - nie pozwalam jej pogrążyć się w niebyciu księżniczką. - księżniczką się jest w głowie i sercu. jeśli dobrze żyjesz, zachowujesz się jak księżniczka, traktujesz siebie jak księżniczkę, nosisz głowę wysoko, a piękno masz w sobie, to jesteś księżniczką.
- tak? - słyszę nadzieję.
- tak.
- to w takim razie ty jesteś królową.

szach - mat. ja? królową? ja? ja? ja jestem tylko... mamą księżniczek. dostałam róży na lico jak podlotek. kto tu kogo ratuje i przed czym, myślę wciągając wodniste gile, nim wydobędę chusteczkę. już miałam wyprostować się, żeby mi korona na oczy nie spadła, kiedy moja osobista księżniczka zapytała:
- czy mikołaj spełnia marzenia?
- tak. - mówię nastawiając ucho, bo grudzień niebawem, gotowa na gadąjacą barbie, naturalnych rozmiarów pluszowego kucyka, nawet na grę w podkładanie poduszki pierdziuszki, by puszczać sztuczne bąki (jakbyśmy swoich nie mieli).
- to ja chcę harfę.

kurwa mać. za jakie grzechy? czy naprawdę byłam aż tak niegrzeczna? chyba czas jej powiedzieć, że mikołaj nie istnieje, prezenty robią rodzice, a budżet mają ograniczony oraz że malowanki też są przecież spoko. że najważniejsze nie są prezenty, ale to, żebyśmy byli blisko i jakoś ją tulić płaczącą bez harfy przez cały ten tydzień rozmazując łzami i smarkami akwarelowe kredki na świątecznych malowankach. 

oczyma wyobraźni już widziałam siebie taszczącą harfę na jakiś koncert, zapoconą jak świnia, zgarbioną, dyszącą, próbującą najpierw wepchnąć, a potem wypchnąć harfę z kombiaka nie klnąc przy tym i nie raniąc się dotkliwie, bo przecież kultura wyższa. 

już widziałam, jak odziana w roboczy strój bhp i kalosze, na kocu ślizgam z domu ten zajebiście wielki kloc, doślizguję do bagażnika, nie daję rady go wciągnąć, ślizgam z powrotem do domu, przyciągam taczki, na nie kładę harfę, próbuję utrzymać równowagę, nie udaje mi się, robię więc taczką rysę na tej w chuj wielkiej szybie, co ją mamy w domu i krzesząc z siebie ostatki sił, nadludzkie jakieś zasoby, wrzucam ją do auta i tylko trochę nie trafiam, odrywam więc resztę tapicerki z bagażnika, bo co mi będzie tak powiewać.

wszystko to okomentowane piskliwymi głosikami i dźwięcznym śmiechem moich córek ubranych w tiulowe sukieneczki i czyściusieńkie białe rajstopki, które tarłam w rękach po zabawie w błocie cały poprzedni wieczór. jeszcze tylko je wsadzić w foteliki i już możemy jechać na świąteczny koncert kolęd i pastorałek do osiedlowej świetlicy, tam już tylko wypakować harfę, oczywiście bez niczyjej pomocy, bo jestem spóźniona i wszyscy są już w środku. 

dobrze ubrane i pachnące matki dzieci, które grają na fletach poprzecznych, sykają na mnie ze złością, kiedy po ciemku próbuję nie stratować publiczności, a jeszcze dyszę "przepraszam" zmierzając ku scenie. tam dziecko moje plumka jednym palcem dwa wersy "cicha noc, święta noc", bo tyle jak na razie umie. koniec. brawa. harfę porzucam, chyba, że ktoś mi ją każe zabrać, to porzucam rodzinę i całe swoje dotychczasowe życie i truchtam zdecydowanym krokiem ku szpitalowi psychiatrycznemu.

harfa. tak. www.allegro.pl szukaj: harfa. jasne. przed oczami stanęły mi wszystkie prezenty porzucone kwadrans po otrzymaniu. i w tym towarzystwie harfa nijak nie chciała się zmieścić. trudno, jakoś zniesie ten potężny cios, ale niech sobie harfę wybije z głowy.

- kocham cię, mamo królowo.

a chuj. niech będzie harfa. ostatecznie, jak ją się położy poziomo na dwóch krzesłach, to zajebiście dużo prania można tam powiesić.

czwartek, 10 listopada 2016

hu hu ha.

wciąż mieszkamy u mamusi. u teściówki jedynej. dom już jest tak blisko, że im bliżej, tym dalej. jesteśmy jak maratończyk przed metą, ostatkiem sił ciągniemy do końca skupieni już nie na wyniku, ale na tym, by się zwyczajnie nie wyjebać na końcu.

jest podłoga, na której chętnie położylibyśmy się, bo jest ciepła i z tej odległości nie mamy wątpliwości czy te panele są zielone, czy jednak nie. z tej odległości jednak widać niedoskonałości pracy płytkarza, więc turlalibyśmy się najchętniej zwracając lub nie, uwagę na nasze nowe tu i ówdzie.

nie możemy zaś się turlać, bo biegamy na krótkie dystanse. ojciec jedyny do pracy, na budowę, do domu, do hurtowni budowlanych, do geodety, do pracy, do elektryka, do hydraulika, do domu, na zupę, do bankomatu i do bankomatu. ja biegałabym do przedszkola i z powrotem, gdyby nie fakt, że biegam do apteki i z powrotem, po termometr i po lekarstwa, po chusteczki, po syrop, po herbatkę, po suchą pościel. a potem dopiero do przedszkola i z powrotem.

dodatkowo teściówka niemalże unieruchomiona po zabiegu. dramat.

a tu ulubiona pora roku. najulubieńsza. to pora roku, w związku z którą trzeba przewieźć kartony swetrów, kurtek i butów od mojego ojca. to pora roku, w której zerkam nieśmiało czy nataszkę już cisną te drogie kozaczki, a jeśli tak, to czy zojci nie spadają z nóżki. to pora, w której zerkam nieśmiało czy rękawy swetrów wystających spod kurtki już wyglądają wieśniacko, czy można udawać, że to taka stylówa, skoro sama zamotana w obrus na szyi udaję, że o to własnie chodziło, a nie, że nie ten karton od ojca przywiozłam.

to czas, w którym dokupuje się rzeczy, a mieszkanie teściówki nadal nie urosło. czasami, kiedy stoję objuczona pod drzwiami, najchętniej zadzwoniłabym do sąsiadki, żeby mnie docisnęła nogą obutą w kapeć i zamknęła drzwi przekręcając klucz w zamku. 

mam wrażenie, że to wszystko pierdolnie. wybuchnie. 

że szyby już są wypukłe, że ten blok eksploduje wraz z trzema kombinezonami, z których wyrosły moje dzieci, a przecież mam je sprzedać, żeby kupić dobre, więc niech leżą. jezusmaria gdzie one leżą? 

rozpierdoli po osiedlu moje hawajaniasy, kroksy z lidla, płócienne sukienki, wszystkie dwie, spódnice, które być może jeszcze założę, zylion pluszaków, kawałki świętych karteczek zaklejonych świętymi kółeczkami i mnóstwem glutów z kleju, równie świętymi kawałkami wstążek, piór, bandaży, rozpirzonych żołędzi, książek, kredek, gazetek reklamowych z netto i ofert na drzwi zewnętrzne, kawałków cegły klinkierowej elewacyjnej w ilości sztuk siedem niby identycznych a każda inna, zawiniętych w gazety, ręczników, które jeszcze całkiem się nie popruły, chust, które może kiedyś założę, rajstop zaciągniętych tylko na kostkach, które do kozaków jeszcze się nadadzą, o boże czemu wyrzuciłam kozaki.

łinter is komin'. uwielbiam czas, w którym muszę pamiętać o tym, żeby założyć podkoszulek pod podkoszulek z merynosa, bo mnie gryzie, ale w dwóch podkoszulkach będzie mi gorąco, ale kurtki jeszcze nie mam tej zimowej, to może faktycznie tego merynosa, albo bluzę. z tym, że nie mam bluzy. icoteraz.

to czas, w którym moje życie ogranicza się do rozterek czy założyć dzieciom rajstopy i kto im je zdejmie jak już pójdą do przedszkola, czas, w którym myślę intensywnie która czapka będzie dla nich odpowiednia, czas, w którym w panice zakładam dziecku dwie pary skarpet do adidasów, bo kozaki jeszcze nie przyszły. 

czas, w którym stoję zapocona w kurtce i czapce z kurwa wełny, nie dziwiąc się więcej dlaczego elizka oddała taką fajną czapkę, bo kurwa gryzie tak, że musiałabym zakładać czapkę pod czapkę i pewnie tak bym robiła, gdybym tylko wiedziała, gdzie jest moja czapka ta nie od elizki, więc stoję, a gdzie, chuja tam stoję, próbuję wyłapać dzikie zwierzęta przebrane za moje dzieci, które obleczone jednak w rajtuzy i dresy postanawiają się bawić w ucieczki, a kiedy już je wyłapię, ubiorę do końca i zagonię do drzwi, to oznajmiają mi, że chcą siku. oczywiście jednocześnie. a czemu ona pierwsza, przecież ja jestem pierwszą córeczką.

to mój ulubiony czas, w którym opatulona z dziećmi dobiegam do auta już spóźniona i zgrabiałymi ręcyma próbuję usadzić je w fotelikach w kurtkach myśląc, że tak nie wolno, ale nigdy, przenigdy w życiu nie stałabym na parkingu strzeżonym czekając, aż auto się nagrzeje, a dzieci na całe półtorej minuty rozbiorę, by potem je ubrać i żwawo pognać do przedszkola. przecież w ogóle na wszystko mam półtorej minuty.

to czas, w którym dwie puchate kulki próbuję zmieścić w fotelikach, z których się wydłubują, bo muszą, powtarzam, muszą i to natychmiast sięgnąć po coś, czego z fotelika nie dosięgną. i czy jest to mikrogrzebień do wyrywania włosów podróbie kucyka tłajlajt sparkl, czy kawałek pianki poliuretanowej niskoprężnej z budowy, czy papier po nielegalnie zeżartym przeze mnie cukierku, czy chusteczka nie do końca zasmarkana i może jeszcze się da wyprostować, a poza tym jest krzywo poskładana, nie ważne, ja dostaję pierdolca. wewnętrznego. wpadam w furię. 

w myślach eksploduję, jak wieżowiec, z którego przed chwilą w tych samych myślach wyleciał nasz dobytek. gotuję się, piszczę, zalewam się wrzątkiem i co? nadal muszę przypiąć dzieci.

japierdolę. zapocona już drugi raz w ciągu kilku minut wsiadam do auta, półtorej minuty mówię na zmianę: nie wiem gdzie są wasze płyty, tak to jest muzyka klasyczna, nie, nie wiem co to za instrument, który masz na myśli i nie gadajcie naraz, bo nie rozumiem żadnej z was. oraz nie kłóćcie się która pierwsza mówi.

wychodząc dziś na próbę zaczęłam przeczesywać mieszkanie mamy w poszukiwaniu swojej kurtki zimowej. znalazłam. muszę ją nosić, bo już nie dam rady jej wcisnąć do szafy. kupiłam ją pod koniec zeszłej zimy. jako jedyna spośród kurtek, jakie znalazłam, nie miała tego futra naokoło kaptura, dokładnie tego, co udaje eskimoskie i dokładnie tego, które jest zbędne w naszym klimacie i dokładnie tego, które wchodzi do ryja przy mikrowietrze, chwyta się pomadki ochronnej, i którego nie da się wypluć, mimo usilnych pocharkiwań i odruchu wymiotnego, bo jest kurwa przyszyte. no więc właśnie tę kurtkę zakładam. 

chciałam być porządna w zeszłym sezonie, wobec tego uprałam ją i schowałam. ponieważ suszyłam ją przewieszoną przez sznurek, puch trochę się przemieścił i prawdopodobnie przez najbliższą zimę będzie mi zajebiście zimno w kręgosłup, za to zajebiście ciepło w nadgarstki.

nie warto być porządnym.
i jak to dobrze, że cały czas gdzieś biegnę.