poniedziałek, 12 czerwca 2017

dalej.

biegnę.

po mazowszu biegnę, oderwana od wszystkiego, dokąd jechałam tak długo. w swoich butach z lidla, spodniach z biedronki i koszulce z tesko biegnę. myślę, że biegnę tak samo, jak gdybym biegła w asiksach, adidasach, najkach. w głowie mam mapę, którą podyktował mi brat, a nie endomondo na telefonie, smartłoczu, dżipiesie. pomiędzy budynkami prosto, asfaltem, aż się zmieni w szuter, zakręty takie bardzo bardzo - kilka, aż przekroczysz asfalt, zawracasz. zaraz za bocianim gniazdem, dwadzieścia kroków na północny wschód od zajęczej nory zawracasz. z ptakami.

biegnę, kolorowa jestem, liczę asfalty, szutry, zakręty. 
patrzę, wącham, słucham.
biegnę. z każdym podskokiem dzikie siano moich myśli ubija się, miażdży, wyrównuje. kompost spod spodu się rozsypuje, na wierzch narzucam kolejne kępy splątanych myśli.

wiem, że kiedy wrócę, głowa będzie spokojna, ciało wybujane, a oddech miarowy.

biegnę.

czeremcha wbija mi się w nozdrza, tracę rytm oddechu, ale zyskuję skok w podstawówkę. wdycham szybciej i więcej, niż wydycham. żeby tego nie stracić, jak kichnięcia. nie chcę zgubić tego zapachu, wspomnienia.

zawsze się przyjaźniłam z ładnymi blondynkami, do których lgnęli ci oni, wszyscy. zawsze miałam więc umysł napięty jak struna i gotowa byłam zajebać ripostą od wczesnego dzieciństwa, żeby się tym onym podobać. nigdy nie działało. zresztą, do tej, kurwa, pory, zajebuję sobie w lustro ripostą i - jakoś nieszczególnie sama się sobie podobam, więc jakże bym im miała? - prawdopodobnie gdzieś w tym myśleniu tkwi błąd. kiedyś dojdę - dobiegnę do tego, w którym miejscu.

teraz biegnę. mam siedem lat i siedzę w zachodniej polsce na gałęzi w dzikim sadzie z blondyną, czeremcha napierdala w nozdrza, konwalie z poniemieckiego cmentarza takoż, konwalie, które przyniósł mi mój wówczas chłopak i to z piątej klasy, to znaczy byłby w piątej, gdyby nie zakiblował. jezusmaria, mam siedem lat, bujam się w nastolatku, bo jakby nie liczyć jedenaście to jest nastolatek, a on we mnie. ta czeremcha i konwalie drążą mi mózg i wiele lat będę myślała, że tak właśnie pachnie miłość, a najgorsze jest to, że o tym, że to czeremcha dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku.

biegnę. wbiegam w las i jestem w bydgoszczy. na kapuściskach. w lasku przy tramwajach, gdzieś niedaleko fontanna. poziomki z cukrem i śmietaną u babci, pani grabiowa z siódemką dzieci i wszystkie w kilku parach majtek w fontannie, żeby nie zmarzły. teraz wącham bydgoszcz, choć dziś pachnie zupełnie inaczej.

biegnę. słyszę kury, koguty. jestem przecież w mieście. a nie w mieście. indor się bulwersuje na moje tupoty i sapanie. gulga-gulgocze, mnie się morda cieszy. cielak mi wylazł na drogę, patrzy. biegnę. patrzę. nie wierzę. oczom własnym nie wierzę. wdycham zapach kurzych gówien, patrzę na byczka, który jeszcze ma tylne nogi za długie, dupa mu nad wyraz wystaje, mnie trochę też, choć nóg za długich nie mam. nie wiem kto komu się bardziej dziwi.

żyto zielone faluje na wietrze, jak jakaś wielka, zielona woda, jak ocean, morze, ja wewnątrz tego świata. biegnę.

kosmate łąki sąsiadują z ogródeczkami przystrzyżonymi od linijki. ludzie koszą, porządkują, pracują. nikt tu nie biegł dawno, no chyba że mój brat, ale i on ostatnio też nie. czuję się jak owad, jak różowa ważka, która wbiła się państwu w sam środek soboty na podwórza, a tu przecież nie ma nigdzie wody, skąd tu ważka-nieważka. nikt tu donikąd nie biegnie, a już na pewno nie bez powodu.

oglądam ogolone przed niedzielą trawniki, na które z okien patrzą też papierowe jany pawły drugie w sztucznych kwiatach i żółtych chorągiewkach. uśmiechamy się wszyscy, każdy do swoich myśli.

polne kwiaty jak intruzy jakieś chcą zajrzeć na wystrzyżone podwórka, kosiarki za pomocą złowieszczego warkotu i człowieczych rąk grożą - wrr, wrr, nie wyrastaj tu, my tu mamy równo.

biegnę. 

myśli w mojej głowie próbują się ubić, tym razem nie pozwalam. wyrzucam ich siano wysoko nad głowę, pozwalam swobodnie opadać. mózg to nie trawnik.

niech rośnie dziki.

śmieję się.

biegnę.



środa, 7 czerwca 2017

już mogę.

siedzę w kuchni u teściówki w domu. przy stole. patrzę na sztuczne słoje miedzianego emdeefu. są. płyną. widzę je.

jest poniedziałek, wtorek, środa, albo coś innego. wszystko jedno.

wodzę palcem po słojach.

nieprawda.

nie wodzę. wodziłabym, gdybym miała siłę.

wzrokiem nawet nie wodzę.

nie wodzę.

słowa grają mi w głowie. nie wodzę, nie przewodzę. nie jestem wodzem. swoim, ani niczyim. co ranek ubieram dziewczynki, swoje dwie cudowne dziewczynki, odprowadzam do drzwi, do przedszkola, do życia. potem myję się, ogarniam jakoś, siadam. autopilot w głowie nastawiony na "dziś". mijają dni, tygodnie, miesiące, ja z wbitym w stół wzrokiem. jem, piję, coś myślę, płaczę. dużo płaczę.

dlaczego?

odpowiedź przychodzi tylko jedna. jest we mnie, nie szukam jej, bo tak właśnie teraz myślę: nie umiem żyć.

nie mam siły, potrzeby, chęci zapytać siebie co to znaczy umieć żyć. wiem jedno, wiem, że nie umiem żyć. i to jest moje wczoraj, dzisiaj, jutro, to moja niedziela, mój maj, lipiec, mój ranek i zmierzch. zmierzch.

nie mogę się naoddychać. nie umiem nabrać powietrza bardziej, niż do gardła. czuję, jakby mi nie były potrzebne płuca, serce, żołądek. zgrabiałą piąstką wciskam do ust porcję ryżu. a może ziemniaków. a może warzyw. coś wciskam w siebie, nawet nie wiem co. widzę tylko plastikowe słoje na stole, nic powyżej. nie chcę, nie wiem, nie umiem.

czasem nadchodzi nadludzka siła. zadania. coś, co muszę zrobić. kark jest półprzygięty, nogi też się nie prostują, głowa nie chce i nie może się podnieść. tak dawno nie widziałam nieba.

weź niepierdol. wtedy właśnie go tworzę. kiedy mam zagrać, że podnoszę głowę, że żyję, że potrafię.
jest szał. jak pani się z tym czuje? jak pani to zrobiła? jak się zostaje sułtanem internetu? jak się wpada na genialne pomysły?
nie wiem. nie umiem. nie chcę. dziękuję.

najpierw padam ja, potem diagnoza.

depresja. dzień dobry. 

psychoterapeutka nie daje rady. pani magdo, pani jest zagrzebana w liściach, ja próbuję je odgrzebać, ale chyba trzeba sięgnąć po narzędzie.

czuję liście. wyraźnie czuję zatęchły stos nade mną. to dlatego nie mogę oddychać. zwijam się w kłębek i płaczę inaczej niż zwykle. nie ma wzruszeń, nie ma smutku, nie ma strachu, nie ma nic. czarno jest. jestem ja bez kości. bez środka. moja powłoka powłóczy. w oczach mam pusto, w sercu pusto, mimo tego chodzę, czeszę, śpiewam, karmię, myję, usypiam. 

każdy dzień waży tonę i nie waży nic. tonę i jestem niczym. delfiny popełniają samobójstwo po prostu nie wypływając po oddech. chcę tak samo, ale nawet tego nie umiem.

chcę zniknąć. czuję, że mnie już dawno nie ma. ciało nie moje, myśli nie moje, duch uleciał. uleciało życie. nie umiem żyć. nie ma dobrych pytań, nie ma dobrych odpowiedzi, nie ma nawet złych.

dostaję psychotropy. zasypiam co pięć minut. zasypiam na spacerze - kładę się w lesie i śpię kilka godzin. gdzie byłam? nie wiem.
wychodzę z dziećmi. kładę się na ziemi obok piaskownicy, malutka zoja podkłada mi pod głowę plecak, zdejmuje swój sweter i mnie okrywa. leżę pod wieżowcem. sąsiedzi przechodzą obok. mogliby przeze mnie. bo przecież właśnie znikam.
otwieram oczy i tak samo mnie nie ma, jak wówczas, gdy mam je zamknięte.
kiedy zaczną działać leki? za miesiąc. nie zadziałały. przespałam miesiąc. nie jest mi z tym źle, jest mi źle po prostu. nadal nie umiem żyć.

świat nie wie.

pani doktor zmienia mi leki. te działają lepiej. zaczynam widzieć, mieć siłę podnieść i utrzymać powieki. psychoterapeutka trzyma mnie w pionie. bartek trzyma mnie za ręce i serce. mama bartka pilnuje, bym zjadła, by dzieci zjadły, powoli podnoszę głowę. słoje na stole przestają mi zajmować mózg.

przez rok jem proszki. pocę się jak szczur. budzę się w nocy mokra, cała mokra. skutki uboczne. cztery przebiórki, zmiana pościeli kilka razy co noc. jesteśmy zmęczeni. wiem, że wszyscy, wiem też, że kiedyś oprócz "wiem" także poczuję. zmęczenie, coś. na razie jestem wypalona, zwęglona, czarna w środku i brudzę sobą.

jest mi trudno przyznać się przed sobą, że mam depresję. jak to, ja nie dałam rady? ja jestem chora? ja? a kto z dzieckiem jednym, drugim? jak to nie ja? długo nie uznaję choroby. wstydzę się, jestem zażenowana swoją słabością. niepotrzebnie.

ale mija czas. podnoszę się. wychodzę ze studni, mimo że ma śliskie ściany i łatwo zjechać z powrotem. potrafię już zadrzeć głowę i zobaczyć, że studnia ma koniec i światło na szczycie. widzę je. czuję. jest.

trzy miesiące temu odstawiłam leki. ucichłam. zmieniłam się. ale jestem. żyję, biegam, byłam na rejsie w meksyku, uczę się pływać, jeździć konno. chcę żyć. chcę się jarać światem. chcę brać garściami, bo wiem jak to jest, kiedy nie wiesz nawet, że masz ręce.

ty też chciej.
pomogę.
sobą, jak umiem.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

wszystkiego.

jestem chorągwią na wietrze.
łopoczę, poddaję się siłom, łopoczę z całej mnie.
wtem zwracam twarz, głowę, ciało przeciwko. stawiam opór. prawie spadam z żerdzi, na której siedzę.

wtem nagle z.
z wiatrem, z prądem, z biegiem, z falą, szybciej, dalej.

śmieję się do rozpuku, obnażam zęby i dziąsła w ostrzegawczym warknięciu. chwila po chwili. to ja i to ja.

podskakuję, wysoko, wysoko, ze śmiechem, z głośnym śmiechem, ostatni raz bezwładnie opadam z płaczem. leżę na ziemi, gryzę kurz, płaczę kamieniami.

zaczynam się śmiać z tego, że gryzę ziemię, że przecież odrażająca, brudna, zła.

przygryzałam seksownie pomalowaną wargę, aż ugryzłam za mocno. krew i piach.

głaszczę swoimi małymi dłońmi, głaszczę czule, zagłaskuję na śmierć. mocno, mocniej, najmocniej.

kocham tak samo. od wcale do za bardzo.

nie mam środka. jestem ścieżką na stromej górze. z jednej strony szczyt, z drugiej przepaść.

dudnię smutnym basem, rytmicznie, wibruję, piszczę sopranem ze strachu.

wrzeszczę ze szczęścia i z nieszczęścia.

płaczę z radości i miłości. ze smutku i strachu.

biegnę do celu, aż przebiegnę go i uciekam. przed sobą.

za mną, ze mną, we mnie i obok jest on.

mój mąż.

dziękuję, że potrafisz mnie trzymać ze ręce kiedy spadam i za włosy, kiedy rzygam. za nogi, kiedy tonę i za głowę, kiedy tonę. za serce, kiedy krwawi i za twarz, kiedy łzawi.

dziękuję ci za każdy dzień.
za spokój.
za pewność.
za niepewności.
za niepokoje.

dziękuję, że jesteś przy mnie.
tylko ty umiesz.

bądź.


czwartek, 25 maja 2017

a ty?

wybuch w manchesterze. mam tam kuzynkę. piszę do niej wiadomość, nie odpowiada. nie wytrzymuję, dzwonię do jej mamy, tu w polsce. wszystko jest w porządku, są bezpieczni. rozmawiam chwilę z ciocią. oczywiście pyta jak nataszka. opowiadam. ni stąd ni zowąd, z zaskoczenia, ciocia mówi do mnie: podziwiam cię, jesteś bardzo silna. nigdy się nie poddasz, prawda?

prawda, ciociu.
prawda, świecie.
nigdy się nie poddam. 
krew z krwi, kość z kości. 
moje serce. moje dziecko.

odkładam telefon, wracam do pracy.
akurat w tej chwili gram trudną rolę. morduję i kroję człowieka.
produkcja tania, mimo to staram się jak umiem najlepiej.

siedzę na nogach aktora, który gra, że umiera. gram, że czekam, aż przestanie oddychać. "stupor" - słyszę - "magda, stupor". gram stupor najmocniej, jak potrafię. za bardzo się angażujemy. reżyser wstrzymuje zdjęcia. ekipa milczy. za chwilę klaszcze. przerwa. kto pali szlugi, ten idzie zapalić. kto widzi, że jestem spocona i ledwie stoję, przynosi wiatrak i wieje mi na ciało, włosy, na gorącą od tego wszystkiego głowę.
gosia gra, że ćwiartuje. nie daję rady być w tym samym pomieszczeniu. reżyser powtarza: to tylko film, bawimy się, to się nie dzieje, to nie wy.

scena, w której niesiemy torby ze zwłokami na niby, "upuść torbę, jak złapiesz światło" - słyszę. i: "stupor, magda". stupor mam chwilowo na drugie. dwa dni po czternaście godzin zdjęć. wszyscy jesteśmy zmęczeni. powtarzamy uderzenia, zamachy, stupory. upuszczam torbę w plamie zachodzącego słońca. wszyscy milczą. w moim stuporze zastygli.
taka robota.

nie, nie poddam się nigdy.
choćbym miała to zagrać.
choć nie jestem aktorką.
nigdy się nie poddam.

jestem kotem. nie podejdę, jeśli nie chcę, możesz mnie pogłaskać, ale mogę pokąsać, jeśli mi się nie podoba. leżę w słońcu, nieustannie grzeję futro. idę tam, gdzie chcę iść, tylko wtedy, kiedy chcę. jestem naprężona, kiedy poluję, jestem miękka i gibka, kiedy idę tam, dokąd idę. nikt nie wie dokąd. ścieżka prowadzi tylko mnie. 

jestem kotem. walczę o dzieci jak lwica, liżę rany i spadam zawsze na cztery łapy. czasem wydaje mi się, że ktoś mi przyczepił do grzbietu chleb z masłem, wyrzucił mnie przez okno i patrzy czy spadnę na cztery łapy, czy pierdolnę masłem o ziemię. za każdym razem udaje mi się jednak wywinąć. zjadam wtedy z satysfakcją kromkę z pleców. ostentacyjnie zlizuję masło i prycham światu w okrągłą twarz. 

jestem kotem. jestem wolna. zanim drasnę kogoś na zawsze, jeszcze się z nim pobawię, jeszcze dam mu poczuć, że coś może, kiedy ja dawno wiem, że nie.

jestem kotem. czasem w klatce, którą - kiedy ktoś zdoła otworzyć - opuszczam powoli, ale zaciekawiona. ciekawość zawsze zwycięża u kota. 

jestem kotem. dzikim, wolnym, ciekawym kotem. 
nie poddam się nigdy.

a ty?

sobota, 20 maja 2017

mój meksyk.

nie umiem opisać meksyku.
nie umiem go opisać bez zachwytu, bez łez, bez tęsknoty, która od samego powrotu wierci mi dziury w ciele i duszy.

zachłysnęłam się światem.







będzie chaotycznie, nie po kolei. pierwszy raz w życiu nie potrafię czegoś opisać.

***
stoję na dziobie katamaranu. pierwszego dnia skradałam się po nim rękami i nogami, niczym człowiek pająk, przerażona brakiem stabilności, ogromem żywiołu pod spodem, bujaniem. teraz stoję. trzymam się foka nawiniętego na sztag, na którego jeszcze przed chwilą mówiłam "ta rurka z przodu". patrzę w wodę przed nami, bo głębokościomierz pokazuje siedemnaście metrów, a mapa ponad sto. chwilę później podskakuję piszcząc, nie mogąc złapać tchu, serce chce mi wyskoczyć z piersi, euforia wyrywa się z gardła. najpierw fontanna, później grzbiet, na końcu ogon wieloryba. wieloryba! wieloryba!!! ola, która jest najspokojniejszą z nas, najskromniejszą, po prostu damą, mówi swoim cichym, delikatnym głosem: ja pierdolę!


ja nie jestem damą.
ja pierdolę wniebogłosy, krzyczę, wiję się, tupię, jestem dzieckiem. dzikim dzieckiem. wieloryby, bo jest ich kilka, odprowadzają nas aż do portu. czekaliśmy na nie cały rejs. przybyły.

pierwszego dnia w morze wyprowadzają nas delfiny. prawdopodobnie grindwale. nie wiem. trzęsę się. trzy grzbiety z płetwą, które sprawiają, że się trzęsę. nie przestanę do końca wyprawy.

dzień wcześniej ocean.
przyjęłam meksyk całym ciałem. euforycznie.
prawdziwy wielki pacyfik zalał mi mózg i koszulkę, spodenki, majtki i serce. zalał mi włosy, oczy, nawpuszczał piasku we wszystkie otwory, pod powieki, do serca, do brzucha, sromu. ogrom i huk, moc, żywioł, potęga, bryza, mgła, słoność wdzierająca się przez moją skórę do środka, do całej matkijedynej, do kości, mięśni, krwi, do duszy. ocean wdarł się we mnie, oczarował, wydrążył dziurę i szumi w niej do teraz.




ławica latających ryb dzwoni. nie wiedziałam. wyskakując z wody dzwonią, jakby ich skrzydłopłetwy były ze srebra. tak też wyglądają. za dzieciaka wrzucałam pęczak do jeziora, wpadał stopniowo, ziarnko po ziarnku, latające ryby wpadają w wodę, jak pęczak. moje skojarzenia są małe i biedne. z polski. latające ryby błyszczą jak moje oczy, kiedy na nie patrzę.

co i rusz z każdej strony burty widać wyskakujące z wody płaszczki. machają skrzydłami, jakby chciały latać. śmiejemy się, że nurkują. mają szkółkę chyba. nie wiedzą, że płaszczki nie latają. albo my nie wiemy. kto z nas jest pod powierzchnią, a kto nad? patrzę na nie, zachwycam się i myślę, czy jak u nas pada, to dla nich jest brzydka pogoda? z tym że u nas nie pada. znów myślę po polsku.


po całym morzu korteza pływają maluśkie kaczuszki. zastanawiamy się jak to możliwe, żeby takie małe kuleczki utrzymywały się na takim wielkim morzu? wiele z nich ginie. trupki unoszą się na wodzie, turlają po plaży. wieczorami te żywe zbijają się w stada, jak my. raźniej. milej. nam też. my wieczorami w swoim stadzie siedzimy na siatce, rozmawiamy, pijemy, żartujemy, albo wręcz przeciwnie. nie wiemy czy gapić się w niebo, czy na fluorescencyjny plankton. na siatce wygrało jednak niebo. plankton ma branie w toalecie. aż żal było spuszczać, tak ładnie wygląda świecąca kupa.


kapitan dynda w hamaku na pokładzie. pozazdrościłam, dostałam swój hamak na jedną noc. nasz cały świat stanął na głowie. patrzymy na księżyc, z którego polski twardowski niechybnie by zjechał, na mleczną drogę, na orion, na wielki wóz jadący zupełnie gdzie indziej. ja też jadę już zupełnie gdzie indziej. czwarta, albo piąta rano. śpisz? nie. to patrz na wenus. i na delfiny.
znowu się trzęsę. i to nie dlatego, że noce na pokładzie są zimne.



pustynia. kaktusy wielkości drzew. cykady dzwoniące jak piła łańcuchowa. a może motorowa. dźwięk wibruje i rozchodzi się w suszu. w gorączce. wszystko ceglasto-miedziane. gorące powietrze wbija się w płuca, usta, głowę, brzuch. boję się. boję się pustyni. ale chcę tam być. lasy kaktusowe, rezerwat największych na świecie kaktusów. zero ludzi. tylko my. czy wypada nam być tu ludźmi? znowu zachwyt. jestem mała.





boję się wejść do wody. oni pływają z maskami i rurkami, ja bardzo chcę, ale się boję. "chodź, bo będziesz żałowała" słyszę. tak, żałowałabym. to, co się ukazuje moim oczom, już kiedyś widziałam. pan disnej narysował w bajce. rozgwiazdy (zoja mówi orazgwiazdy) i ryby są kolorowe. bardzo kolorowe. są żółte, cytrynowe, fioletowe, pomarańczowe, niebieskie, czarne, czerwone, pasiaste, kropkowane, grube chude, smukłe, obłe, kolczaste, ładne, straszne, fascynujące. niektóre są jak nadmanganian potasu, w którym kąpałam nataszkę. jestem mała i z polski. nie umiem w masce, ale umiem w okularach. wynurzam się tylko na ułamki sekund, by łyknąć powietrza. szkoda czasu na niebycie pod wodą. jestem bardzo mała.


popłynęłam z ojcem jedynym wpław do brzegu. sto metrów. bałam się, ale dałam radę. moje lekcje pływania nie poszły na marne. wtem krzyczą do mnie z łódki czy chcę buty w góry, bo płyną pontonem. chcę. dźwięk nie dociera do nich. chcę!! krzyczę, ale mnie nie słyszą. myślę sobie, że chcę też koszulkę. ojciec jedyny płynie do łódki po moje buty. tylko, że ja o tym nie wiem. zostałam sama na wyspie. nie chcę być sama. chcę być ze wszystkimi. więc wracam. za dużo jak dla mnie. nie tonę tylko ze wstydu, chwytam bojkę, którą dla bezpieczeństwa ciągnę za sobą, mam atak paniki, zawał i krótki oddech. widzę całą bandę, która patrzy na mnie, nie wiedzą, że właśnie umarłam ze strachu. jestem trupem, który płynie chyba tylko siłą rozpędu. mąż i kapitan przed moimi oczami bacznie na mnie patrzą. obaj pytają czy mi pomóc. moja godność nie pozwala mi na to. oraz fakt, że jak kiwnę głową na tak, to się zachłysnę i utopię naprawdę. nigdy się tak nie bałam. zwijam się potem w kłębek i płaczę. wtedy chcę być sama. jestem mała.


cały czas obok nas krążą pelikany. są tak niezgrabne, jak mój dzisiejszy opis. nie pasują do tego świata. ja czasem też. śmieszne, nieforemne, jednocześnie idealne. na swoim miejscu, w swoim czasie, umiejętnie i zgrabnie uderzają dziobami w wodę. natura wie lepiej. pelikan nurkuje obok głowy krzyśka, kiedy krzysiek pływa obok lwów morskich. ja nie weszłam. cała wyspa niezwykle zwinnych w wodzie lwów morskich z osiemsetkilogramowym samcem alfa na czele to dla mnie za dużo. jestem z polski.


złowiliśmy tuńczyka. jest wielki i niebieski. mam wachtę kuchenną, więc trzymam go za ogon, kiedy waldek go filetuje. ciepła krew płynie po moich wegetariańskich rękach. mogę nie patrzeć, ale mam trzymać. mięso jest bordowe i ponoć smaczne. jedzą go na surowo, w tatarze. 



siedzę wtedy na dziobie i czytam książkę. też miło.


odpoczywamy. pierwszy raz od kilku lat z ojcem jedynym odpoczywamy. ciałem, głową, duszą.


co dwa dni z becią i waldkiem biegamy. po powrocie bieganie jest dla mnie podtrzymaniem.
tam biegamy po bezludnych wyspach, albo po wyspach z pięcioma domami. biegamy po pustyniach, obserwujemy kozy, jaszczurki i kaktusy. wychodzimy w góry. "nie łapcie grzechotników za grzechotki", mówi waldek. w razie gdybyśmy chcieli.

jesteśmy. po prostu wszyscy jesteśmy.


tu biegam po lesie i raz udało mi się nie nadepnąć zaskrońca. jestem z polski.

dopływamy z martą pontonem na plażę. będziemy kręcić teledysk. mamy rum i telefon. oraz wolne głowy. martę poznałam na tej wyprawie. nie chcę pamiętać czasu, kiedy jej nie znałam. siska. czuję, jakbym siedziała z nią w jednym brzuchu u jakiejś matki. prawdopodobnie matki ziemi. zbieramy muszle i żałujemy trupków, chodzimy w góry i całujemy kaktusy. pływamy w dmuchanych kółkach i śpiewamy te same piosenki. razem głupio żartujemy i razem płaczemy na koniec wyjazdu.








powrót do rzeczywistości jest trudny. choć bardzo mocno się staram. moje serce zostało w meksyku. przynajmniej kawałek. wciąż pamiętam jak pachnie jedzenie, powietrze, jak słońce ogrzewa ramiona, jak wiatr na łodzi owiewa głowę, chłodzi myśli, jak słońce wszystko uspokaja, jak woda buja łódź i to, że podczas sztormu mogę po prostu ze strachu nie wyjść z kajuty.

pamiętam jak smakuje kaktus i dojrzałe awokado. mango i papaja.


przez dwa tygodnie moje życie czytała krystyna czubówna.
było mi ciepło i bezpiecznie. beztrosko i pięknie.

teraz jestem w polsce. i mam tylko jedno, jedyne - może złożone, ale naprawdę jedno - pytanie do kapitana: waldek, co ty mi zrobiłeś - jak ja teraz pojadę do rewala?!




ps zdjęcia z powierzchni ojciec jedyny, zdjęcie podwodne i nasze wspólne martson.pl (dos!)

czwartek, 11 maja 2017

kot stefan, ogród botaniczny i dotrzymywanie słowa.

co tydzień odwiedzamy kawiarnię i sklep z zabawkami oraz grami planszowymi, gdzie moje dzieci doświadczają edukacji w zakresie przeróżnym metodą powszechnie poważaną. na montessori znaczy.

co tydzień chcą, żeby im coś kupić. a ja co tydzień lawiruję między wymówkami, bo zwyczajne "nie przychodzimy tu, by co tydzień coś kupować" nie działa. dziwne, bo przecież bystre są. wymyślam zatem fortele na niekupowanie rzeczy. natasza upatrzyła grę, kota stefana i bardzo, ale to bardzo chciała ją mieć. co tydzień. co tydzień a to zapominałam portfela, a to nie miałam gotówki, a to nie miałam karty, a to nie miałam pieniędzy und zo wajta.

obiecałam natomiast, przed wielkanocą, że być może zając będzie na tyle sprytny i zorientowany w temacie, że może tego kota stefana jakoś, nie wiem, zdobędzie, podrzuci, przyniesie i zostawi. taki zając to hoho. on jest jak mikołaj święty i uszy ma duże i wszystko słyszy. obiecałam.

sprzedawałam farmazony ciesząc się w głębi matki jedynej, że mam pomysł na prezent dla nich.

zając się spisał, kota stefana zdobył, spał sobie podrzuciwszy uprzednio prezenta pod dziecięce łóżka i wtem. 

nadranek.

wpierw słychać szepty, następnie tętent czterech maluśkich stópek, do sypialni wbiegają dwie poczochrane kulki emocji, łuna aż bije od ichniejszego rozedrgania oraz świat pięknieje od szczebiotu: mamo! nie uwierzysz, mamo! zając przyniósł nam kota stefana! I TO CAŁKIEM ZA DARMO!!!

bardzo lubię dotrzymywać obietnic. nawet jeśli są malutkie, jak te stopy, co robią ten taki gigantyczny tętent. nie zawsze to, co dla nas małe, małym jest dla kogoś. lubię. 

tak więc, od kilku dni mówiłam, że jak będzie niepadać, to idziemy do ogrodu botanicznego karmić daniele, kozy i owce kameruńskie, bo takie rzeczy się właśnie robi w ogrodzie botanicznym. i dziś nie padało.

szał ciał, fikando, kozia ślina na całych rękach, ekselent. dużo dzieci, dużo dorosłych, dużo rozsypanego owsa i tych kulek dla kóz, co to nigdy nie wiem czy one są przed zjedzeniem, czy może już po. kijanki wyciągane ze stawu tylko żeby popatrzeć i odkładane natychmiast, żeby sobie jeszcze popływały. pulsowało życie.

w pewnej chwili mój wyostrzony zmysł obserwacji podsunął mi przed mózg obrazek zapłakanej babci. siedziała na ławce. wodziła wzrokiem za chłopcem. chłopiec to się bawił, to zerkał na babcię, babcia zaś ewidentnie nie tego.

empatia plus dwieście, wyobraźnia w kosmosie, "nieszczęśliwi" myślę. czemu ta babcia płacze. że co się stało. że może podejdę, a może przyszła tu odpocząć. ale od czego odpocząć. może od pytań: co się stało. o jezu, jaka biedna. zmęczona? smutna? a to dziecko takie jakieś niebiegające. czy ono nie jest głodne? czy zaopiekowane? co robić? co robić? 

mój mózg drukował kazylion rozwiązań do być może nieistniejącego problemu, ale może właśnie to nieistnienie tak ją boli, dopadło tu na ławce, w słońcu. i te łzy skrzą się bardziej takie rozświetlone, że może normalnie nie widać. ale normalnie to przecież nie ma łez. czy ja mam się rzucić na pomoc? walczę ze sobą, trochę jeszcze obserwuję, kiedy słyszę.

- kamil! - głośno do chłopca. - kamil! idziemy do domu! kamil!! a pod nosem: bo coś tu babci zajebiście pyli.

dotrzymujcie słowa. 
to się pyli. 
opyla znaczy.

piątek, 7 kwietnia 2017

czego i komu zazdroszczę.

zazdroszczę ci tej błogości.
zazdroszczę ci tego, że jesteś niewyspana i tylko tyle.
że nad wyraz zmęczona, bo „ona mi wstała dziś o piątej, rozumiesz beata”.

zazdroszczę ci kłopotów, że słoiczek zjadła za szybko, za późno, za dużo, za mało.
zazdroszczę ci tego wkurwa, że ona cię oblizała po policzku, po twoim świeżo rozprowadzonym, idealnie dobranym podkładzie, którego jeszcze szczątki widzę za hybrydowym paznokciem w hitowym kolorze tego lata.

zazdroszczę ci, że „zasrała, rozumiesz beata, tego bodziaka od karoliny herery”. i że będziesz musiała prać to ręcznie też zazdroszczę, bo „żaden, rozumiesz beata, wanisz nie pomoże”. to nie wystarczy polać plamy i włożyć do pralki, ten idealny tips będzie skrobał między włóknami bawełny, którą zapewne średnio opłacony chińczyk dla pani herery pozyskiwał w upale i pocie czoła drżąc o własne dzieci, albo sam dzieckiem będąc, albo przy boku swojej mamy, a może on/ona/ono w ogóle nie ma mamy, bo on nawet nie wie „ile pani herera karolina kasuje za jednego, wyobraź sobie beata, bodziaka”. albo może inaczej. ja nie mam pojęcia jak się pozyskuje bawełnę. tak czy owak, w jej włóknach, beata, jest kupa. i wiem, że wiesz i że sama skrobiesz. widzę, że też masz zrobione paznokcie. pokaż, ładne.

zazdroszczę ci twojego braku wątpliwości, kiedy wiozłaś swoją nadię, nastkę, nasturcję na przekłuwanie uszu, zazdroszczę ci tego braku wirowań w głowie tych słów: dezynfekcja, krew, wuzetwu typu be, niepotrzebny stres, ból, a po co.

zazdroszczę ci twojej swobody w dawaniu pięciomiesięcznemu żołądkowi wafelka, lodów, tiramisu, mięsa i pesto z restauracji, bo „ona, rozumiesz beata, zawsze jak jestem w restauracji, to mi wyjada”.

zazdroszczę ci, że twoje dzisiejsze dylematy to czy ta chustka z tą kokardą będzie pasowała do tych leginsów, a nie, przepraszam, dżeginsów, katany i botków emo w rozmiarze kurwa dwanaście.

zazdroszczę.

że nie wróciłaś wczoraj z drugiego końca polski ze szpitala i że nie musisz liczyć który to był wyjazd i że już ponad sześćdziesiąty.

że nie niosłaś jej śpiącej, twojej nadii, nastki, nasturcji razem z dwiema walizkami, w deszczu z samochodu do hotelowego pokoju. że siku robiłaś ty i twoja dziewczynka, rozumiesz, w domu. że się wykąpałaś, choćby szybko i z przerwami. że nie siedziałaś za kółkiem przez pięć godzin udając, że nie jesteś zmęczona, znużona, zdenerwowana, przestraszona i załamana.

że nie niosłaś lodówki turystycznej pożyczonej od przyjaciół, która z impetem i z lekami dla twojej nastki, nadii, nasturcji pierdolnęła ci o kamienną podłogę w szpitalu i ten moment na kolanach, kiedy próbowałaś tę przyszłość twojego dziecka wyzbierać z podłogi był jedynym momentem, w którym pozwoliłaś sobie przy dziecku spuścić głowę i na chwilę załkać.

że nie musisz odkupić lodówki, choć to bzdura.

zazdroszczę ci, że zasypiała ci wczoraj, rozumiesz beata, chyba z pół godziny. wrzeszczała i takie tam.
że nie musisz jej kłuć codziennie, że nie rysujesz z nią strachu czarnymi kredkami, któremu nadajesz imię, rysujesz hamburgery i próbujesz oswoić. że nie musisz chwytać za najmniejsze fałdy jej skóry na brzuchu, ramionach, udach i tam wbijać igły, bo to boli mamo, proszę, ja tego nie wytrzymam, nie rób mi, nie.

to jest dziwne, bo zazdroszczę ci zdrowego dziecka, chociaż nigdy, przenigdy nie zamieniłabym się z tobą.

rozumiesz beata?